Gdy słyszymy o Grenlandii, przed oczami mamy śnieg i czujemy powiew mrozu. Widzimy też w niej miejsce, które przyciąga ważnych światowych polityków. Niektórym wyspa kojarzy się z mieszkaniem w igloo, polowaniami czy wieczną zimą. Czy słusznie?
O życiu, zwyczajach, ale i obecnej atmosferze panującej na miejscu opowiada Kamila Oliver w rozmowie z „Wprost”. Choć aktualnie Polka przebywa w swoim domku w Szwecji, nadal regularnie wraca na Grenlandię. Z wykształcenia jest fizykiem nuklearnym i astrofizykiem, pracowała na uczelniach oraz wiele lat w elektrowni jądrowej, jednak na mroźnej wyspie uczyła dzieci języka angielskiego czy robótek ręcznych. Później zaczęła tam prowadzić wykłady na statkach ekspedycyjnych.
Warto podkreślić, że Grenlandia, pokryta lodem w 81 proc., to największa wyspa na świecie i autonomiczne terytorium Danii, ale leżące geograficznie w Ameryce Północnej. Rdzenni mieszkańcy to Inuici, niegdyś określani Eskimosami – choć nie uchodzi to za zbyt grzeczne. Mówią w języku grenlandzkim, który jak zapewnia Kamila, ma wiele odmian – mimo że mieszkańców nie jest dużo, bo ok. 56 tys.
Paulina Kopeć, „Wprost”: Na swoim blogu piszesz, że postrzegasz swoje życie jako proces i pewnego rodzaju projekt. Może zacznijmy od tego, na jakim ono obecnie jest etapie pod względem podróżniczo-zawodowym?
Kamila Oliver: Pracowałam na Grenlandii jako nauczycielka do 2022 roku, później otrzymałam też inne propozycje prac m.in. na Antarktydzie – ten rejon też zawsze mnie interesował. Stało się tak, że wyprowadziłam się z wyspy, by zająć się innymi sprawami, ale nadal jestem silnie z nią związana.
Arktyka stała się częścią mojego życia, a Grenlandia zawsze była marzeniem. To miejsce mnie inspiruje i wiele mnie nauczyło. Będąc tam, zaczęłam m.in. malować obrazy – to jedna z rzeczy, którą się dziś zajmuje, a moja sztuka inspirowana jest właśnie Grenlandią. Nie tylko krajobrazami, ale też scenami z życia. Ostatnio na Grenlandii w Upernaviku skorzystałam ze specjalnego programu dla artystów.
Aktualnie mieszkam w Szwecji, ale przede mną kolejne wyjazdy na Grenlandię, m.in. dlatego, że będę organizować tam wycieczkę dla osób z Polski. Innym razem prowadzę wykłady na statkach ekspedycyjnych. Pojawiła się też okazja, by wrócić do stałej pracy na Grenlandii, ale to pozostaje do rozważenia. Małe osady borykają się z brakiem ludzi do pracy w szkołach, więc teraz organizowane są projekty różnych towarzystw, by przyciągnąć odpowiednich pracowników.
Jak pracowało ci się w szkole na Grenlandii?
Zaczynałam w Tiniteqilaaq, niewielkiej osadzie na wschodnim wybrzeżu. Później pracowałam też w Qaanaaq. Byłam w szkole podstawowej, gdzie funkcjonowały klasy od pierwszej do siódmej, a łącznie było 15 uczniów. Uczyłam angielskiego, wychowania fizycznego, przyrody, ale też różnych prac artystycznych. Nauczyciel musiał być też kimś więcej, m.in. psychologiem i takim wychowawcą, kimś, kto reaguje na różne zachowania czy problemy.
Na początku było ciężko, bo w ogóle nie znałam języka grenlandzkiego. W Tiniteqilaaq posługiwano się językiem wschodniogrenlandzkim, a ten jest zupełnie inny niż popularniejszy zachodniogrenlandzki. Oba są na tyle różne, że w osadzie, w której byłam, dzieci uczyły się tego drugiego jako osobnego przedmiotu.
Wszystko było dla mnie dziwne. Nauczyłam się na pamięć parę zdań po wschodniogrenlandzku, by nie myśleli, że nic nie rozumiem. Oczywiście nie rozumiałam. Musiałam uczyć się bardzo szybko, by łapać kontakt. W szkole było trochę tak, że oni uczyli się ode mnie angielskiego, a ja jednocześnie od nich grenlandzkiego np. przy poznawaniu różnych podstawowych słówek. Specjalnie szkoliła mnie też lokalna osoba.
A codzienne kontakty z ludźmi ułatwiały zaaklimatyzowanie się? Łatwo o integrację w tak małej osadzie?
Wioska liczyła ok. 70 osób, ale to się zmienia sezonowo. To jest społeczność, gdzie wszyscy znają wszystkich. Z czasem zaczęłam zapamiętywać coraz więcej imion, rozpoznawać więcej osób i czułam się coraz lepiej. Najpierw starałam się zapamiętywać uczniów, później rodziców czy osoby w sklepie. Stałam się częścią tej społeczności.
W osadzie był też dom spotkań i kultury. Tam czasem odbywały się potańcówki czy spotkania młodzieży. Tak samo do spotkań dochodziło w szkole, np. gdy rodzice przychodzili na wywiadówki, to my dla nich gotowaliśmy. To miejsce stawało się taką namiastką domu.
Jedno jest pewne, nigdy się nie nudziłam i zawsze miałam okazję czegoś się nauczyć. Z czasem zaczęłam wychodzić coraz więcej, m.in. na polowania, łowienie ryb i brałam udział we wspólnych projektach. Przykładowo z dwójką pozostałych nauczycieli organizowaliśmy kursy malowania, budowy kajaku, angielskiego dla dorosłych czy obozy i wyprawy dla uczniów.
Trudno było rozpocząć tą przygodę? Myślę, że dla wielu osób przeprowadzka na Grenlandię wydaje się mało prawdopodobna lub abstrakcyjna. Zakładam, że to dość wymagający proces – kraj nie jest w UE, mile widziany jest minimum język duński itp.
Pierwszy raz na Grenlandii byłam jako turystka. Tamtejszy krajobraz bardzo utkwił mi w głowie i nie chciał mnie opuścić. O pracę na Grenlandii aplikowałam dwa lata, więc to był długi proces. Gdy ma się zamiar zacząć taką przygodę, na pewno ważne jest, by pokazać, że myśli się o tym bardzo poważnie. Tak się złożyło, że miałam kontakt z dyrektorem jednej ze szkół na Grenlandii wschodniej. Zanim zaproponował mi pracę, musiał zrobić zebranie z rodzicami tamtejszych uczniów. Przedstawił mnie jako kandydatkę i zapytał, czy chcieliby, bym uczyła ich dzieci. Gdy zapadła pozytywna decyzja, konieczna okazała się biurokracja związana z aplikacją, m.in. zezwolenie na pracę i rezydencja. Grenlandia nie jest w UE, a oni najpierw muszą zatrudniać miejscowych, potem Duńczyków a dopiero później kogoś innego. Ostatecznie mi się udało.
Za każdym razem otrzymywałam zakwaterowanie w domku, jednak z tym nie było łatwo, bo nie zawsze mogłam liczyć na dobre wyposażenie. Przykładowo w Qaanaaq domek nie był wykończony, a do kuchni wdzierał się śnieg.
Czyli dziś nadal tak trudno o pracę na Grenlandii? Od 2018 roku minęło już trochę czasu.
Dziś wygląda to podobnie, najłatwiej ze znalezieniem pracy mają tam osoby z Grenlandii, Danii czy krajów Nordyckich. U nich kwestie biurokratyczne idą znacznie szybciej. W ostatnim czasie zmieniło się jednak to, że Grenlandia potrzebuje coraz więcej ludzi do pracy, bo coraz bardziej się rozwija i rozbudowuje. Powstają m.in. nowe lotniska. Proces zatrudniania przebiega szybciej niż w 2018 roku, gdy ja zaczynałam tam pracować. Potrzebni są m.in. budowlańcy, pracownicy kopalni czy inżynierowie i elektrycy – najczęściej w stolicy i większych miejscowościach. Tam brakuje tych zawodów, więc muszą opierać się na osobach z zewnątrz.
Co ciekawe na miejsce coraz częściej docierają też Polacy wcześniej pracujący np. w Danii. Popularna jest też praca w gastronomii czy hotelarstwie. Widać, że Grenlandia się otwiera, ale najbardziej Nuuk, Ilulissat i Sisimiut – drugie co do wielkości miasto w kraju, z ok. 6 tys. mieszkańców.
Do czego najtrudniej przyzwyczaić się na Grenlandii? Coś cię szczególnie szokowało?
Myślę, że do wszystkiego. Chociażby do tego, że w mojej okolicy i w takich małych osadach w sklepach był bardzo ograniczony wybór produktów. To się ciągle zmienia, bo w większych miejscowościach np. w Ilulissat, gdzie napływa wielu turystów, widziałam dobrze wyposażone sklepy. Gdy ktoś zawita do takiego miejsca, na pewno mniej się zszokuje niż ja. Jednak w wioskach jest zupełnie inaczej, jest tylko jeden sklep, a w nim możesz dostać wszystko, począwszy od broni, po jedzenie aż do artykułów pierwszej potrzeby. To wszystko jest zamawiane na cały rok z góry i dociera tam w lecie.
Trudno jest o produkty świeże np. sery czy jaja. Gdy już znalazłam parę kurczaków, to od razu wszystkie zabrałam. Później też, udało się zorganizować, by zamawiali ich dla mnie więcej, to jednak było wyzwanie, bo leciały specjalnie helikopterem z jednej wioski do drugiej. Wśród Inuitów bardziej popularne jest mięso, które sami upolują np. foka czy np. ryby. Różnice w podejściu do kuchni są spore i trudno jest się do tego przyzwyczaić. Na Grenlandii na pewno duży problem miałyby osoby będące wegetarianami.
Spożywa się tam dużą ilość tłuszczu – oni jedzą sadło wieloryba na surowo, w małych kawałeczkach, który kroi się niczym mango, nazywa się mattak, jest to lokalny przysmak. Mieszkańcom na pewno jest wtedy cieplej. Kuchnia włoska czy śródziemnomorska w żaden sposób nie może się równać z tamtą lokalną.
A sama próbowałaś jedzenia z polowania?
Tak. Np. kiedyś w wiosce upolowali orkę, co jest bardzo rzadkie w obszarze, w którym byłam. Mięso brałam m.in. na gulasz. Próbowałam też morsa, ale to w Qaanaaq, bo na Grenlandii Wschodniej ich nie ma. Jednym z mięs, które niezbyt mi smakowało, było to foki, to taki ciemny rybi smak. Z kolei orka czy mięso niedźwiedzia polarnego mają w sobie coś ze smaku dziczyzny. Trudno to określić, bo to bardzo specyficzne. Niedźwiedzia mieliśmy okazję spróbować, gdy podszedł niebezpiecznie blisko wioski i musiał zostać zastrzelony. Mięso zostało podzielone na mieszkańców i też dostałam swój przydział.
To brzmi brutalnie.
Tak, ale nie chcę tego oceniać, bo to jest częścią ich kultury. Myśliwy który upoluje niedźwiedzia polarnego, ma duży szacunek w wiosce. Dla nich polowania są kwestią przeżycia i wykorzystuje się wszystko – mięso, sadło, skóry czy nawet pazury. Raz np. dostałam prezent od lokalnego myśliwego – naszyjnik z pazurów foki. Długo go nie nosiłam, bo miał taki zapach, że mnie odpychało. Dopiero z czasem się do niego przekonałam.
Choć nie mieszkasz dziś na stałe na Grenlandii wciąż pracujesz tam na statkach ekspedycyjnych i prowadzisz wykłady. Ponadto sama organizujesz też swoje wycieczki na życzenie. Co daje ci ta praca i jak wygląda?
Prowadząc wykłady na statkach, czasem sama odkrywałam miejsca, w których nigdy wcześniej nie byłam m.in. na samym południu Grenlandii, czy na jej północno-wschodniej części gdzie znajduje się największy na świecie park narodowy. Kiedy jestem na statku, nie ma zbytnio czasu na jakieś towarzyskie spotkania np. z lokalną społecznością. Za to było to możliwe, gdy pracowałam w szkole. Obecność na statku daje zupełnie nowe możliwości – statki wpływają tam, gdzie normalnie często nie da się dojechać. W tym roku latem znów będę pracować na pokładzie, niedawno przedłużyłam swoje certyfikaty na tę pracę. Podczas takich wykładów, które prowadzę podczas 14-dniowych rejsów zakładam też specjalny tradycyjny narodowy strój wschodniogrenlandzki, co tworzy unikalny klimat.
Najlepiej wybrać się latem?
Statki ekspedycyjne w rejonie Arktyki mają oferty na Grenlandii tylko latem, najczęściej docierają na część południową do Qaqortoq. Armatorów jest sporo i niektórzy zabierają też turystów na wschodnie czy zachodnie wybrzeże wyspy. To nie są tanie wyprawy, ale jest też rozpiętość cenowa.
Chyba można powiedzieć, że turystyka na Grenlandii wciąż się rozwija i chętnych na wyprawy i nie brakuje.
Tak, to się bardzo rozwija, widzę, to na przestrzeni lat. Niestety nie zawsze idzie to w dobrym kierunku i temat wywołuje różne dyskusje. Oczywiście pięknie jest oglądać świat, ale takie przyjazdy turystów tworzą też problemy dla miejscowej ludności, szczególnie na małych osadach. Choć przyjazd turystów do takich miejsc może być korzystny i np. dać jakiś zarobek, nie wszyscy to popierają. To zawsze rodzi jakieś zamieszanie i ma wpływ na środowisko. Przykładowo, gdy przez całe lato ze statków występuje na brzeg np. 100 osób dziennie, to dla lokalnych mieszkańców może to być męczące lub nawet nachalne. Mimo że turystom tłumaczy się, jak mają się zachowywać np. nie kupować nic w małym lokalnym sklepie, nie hałasować czy nie fotografować czyjejś prywatności, to mimo to czasami dochodzi do nieprzyjemnych sytuacji. Czasem wydaje mi się, że w takiej turystyce jest nawet więcej minusów niż plusów.
W regionach polarnych jak też np. Antarktyda promowanie turystyki jest naprawdę tematem do dyskusji, bo trudno tu o drastyczne rozwiązanie – całkowita rezygnacja z organizowania wyjazdów nie przejdzie. Mimo to trwa walka o dobro miejscowych. Rząd na Grenlandii wydał nawet obostrzenia, dotyczące tego, jak turystyka ma tam funkcjonować, by utrzymać ją w ryzach. Tak naprawdę pozostaje obserwować, jak będzie się to rozwijać. Na pewno popularność rośnie i będzie rosła.
Zapewne niektóre miejsca turyści wybierają szczególnie często.
Najczęściej docierają oczywiście do Nuuk, bo tam najłatwiej dolecieć, ale popularny jest też Ilulissat, gdzie znajduje się słynny fiord lodowy wpisany na listę UNESCO. To świetne miejsca, bo można podziwiać niesamowite widoki. Tam pojawia się najwięcej ludzi i zwykle wystarczają im dzień albo dwa. Oba miasta są duże, w Ilulissat mieszka około 4 tys. osób i są sklepy oraz miejsca tworzone z myślą o przyjezdnych. Następnie można się dostać do okolicznych mniejszych osad, ale tam już motorówką czy psim zaprzęgiem. Organizowane są też np. wycieczki na łowienie halibutów pod lodem. Pomysłów jest wiele, ale, by dotrzeć poza znane miasta, wymaga to już większego wysiłku.
A jak wyglądają wycieczki, które sama organizujesz?
Podczas wycieczki, którą organizuję teraz na przełom maja i czerwca, wykorzystuję swoje lokalne kontakty. Mam w planach pokazanie kilku mniejszych miejscowości, ale to będzie w bardzo małej grupie. Być może uda się skorzystać z kajaków, ale wiele będzie zależało od warunków. Organizowanie wycieczek na Grenlandii jest dość specyficzne, bo łatwo może dojść do różnych opóźnień w podróży. To ma związek głównie z pogodą. By ułatwić ludziom takie podróżowanie, pracuję też teraz nad swoim e-bookiem, w którym chce zawrzeć takie najważniejsze rzeczy, porady i zasady.
Ogólnie wyjazdy można organizować zarówno samemu, jak i w grupach, bo nie ma problemu, by załatwić loty czy noclegi w większych miejscowościach. W zeszłym roku otworzono nowe lotnisko w Nuuk, a tym roku ma być otwarte w Ilulissat, więc jest coraz więcej możliwości. Najłatwiejsze zorganizowanie takiego wyjazdu jest w lecie.
Czym różnią się grenlandzkie osady od miasteczek czy stolicy Nuuk?
Stolica, czyli Nuuk najmniej oddaje autentyczność takiej prawdziwej Grenlandii, tego, jak wygląda ona w większości. Będąc w tym mieście, można sobie zorganizować wycieczki, ale to nigdy nie jest to samo, co spędzenie czasu w małej osadzie. Tam panuje zupełnie inny, spokojniejszy tryb życia i do wielu rzeczy nie ma dostępu. Nuuk to taka metropolia, gdzie jest wszystko – kawiarnie, restauracje, hotele i łazienki, jakie każdy zna – ale już w wiosce, w której mieszkałam, nie ma bieżącej wody, a żeby coś zjeść, trzeba pójść na polowanie czy po prostu samemu zabić rybę. Później pozostaje oprawić to do posiłku. Dla osób przyjezdnych z Europy może być to coś egzotycznego, bo jednak jesteśmy przyzwyczajeni, że idziemy do sklepu i mamy wszystko gotowe i ładnie zapakowane.
Gdy ktoś przyjedzie do ładnej małej osady na kilka dni, to wszystko będzie się wydawać takie zachwycające, ale po czasie łatwo dostrzec, że codzienne funkcjonowanie sprowadza się tam też do walki o przeżycie. Często nie ma nawet dobrze rozwiniętej infrastruktury.
A jak Grenlandia zmienia się w ciągu roku? Myślę, że niektórzy mają wyobrażenie, że tam cały czas jest tak samo – tylko biało i ekstremalnie zimno.
Pojawia się tendencja do tego, żeby robić sensacje, że jest tam tak ciemno i zimno przez cały czas. Czasem jacyś influencerzy powielają błędne informacje. Kiedyś np. słyszałam, jak ktoś mówił, że w Nuuk jest noc polarna. Nie ma tam nocy polarnej, bo Nuuk leży na południe od koła podbiegunowego, czyli po prostu nie jest to możliwe.
Sam Tiniteqilaaq, w którym mieszkałam, leży prawie na kole podbiegunowym, ale też nie jest tak, że przez trzy miesiące jest kompletna ciemność. Mimo to zima jest okresem trudniejszym, kiedy dominują inne aktywności niż latem. Osady leżą wzdłuż wybrzeża i towary tam dowożone są statkami, to możliwe jest, dopiero gdy lód się stopi i można pływać. Są trzy miesiące, czasem takiej trochę wegetacji, ale to nie trwa długo, poluje się również w zimie.
Lato na Grenlandii jak najbardziej występuje i jest zielone – lipiec, sierpień, to najlepsze miesiące pod tym względem. We wrześniu pojawiają się już takie odcienie brunatne i czerwone. Pory są wyraziste. W sezonie zbiera się zioła, bażynę i przyjemnie spędza się czas na zewnątrz czy przeznacza go na piesze wędrówki. Oczywiście konieczne są też polowania czy łowienie.
Najpiękniejsza jest chyba wiosna, czyli kwiecień, gdy już jest sporo słońca na niebieskim niebie, a jednocześnie jest też biało i śnieżnie i nadal występuje dużo lodu.instagram
Co do różnych wyobrażeń na temat Grenlandii, to myślę, że wielu osobom to miejsce kojarzy się z igloo. Zapewne są i tacy, którzy są przekonani, że właśnie w takich lodowych domach mieszka się na tej wyspie. Niewiele w tym prawdy. Miałaś okazję zajrzeć do prawdziwego igloo?
Ja szczerze nigdy nie widziałam tam igloo, ale widziałam w Skandynawii i w alpejskiej wiosce, stworzone dla turystów. Na Grenlandii tego nie ma i to nie jest proste, by coś takiego zbudować. Dziś, gdy ludzie idą na polowania, to budują sobie tymczasowe schronienia, ale są to zwykle myśliwskie chatki. Myślę, że z tym igloo to taki stereotyp. Ale, co ciekawe słowo igloo pochodzi z Grenlandii, istnieje w naszym słowniku i ma związek z tamtejszym słowem: dom.
Czy aktualnie, mając kontakt z mieszkańcami Grenlandii,, dostajesz jakieś informacje na temat lokalnych odczuć, dotyczących sytuacji politycznej? Mam na myśli postawę prezydenta USA Donalda Trumpa, pomysł przejęcia kontroli nad wyspą. Jak patrzysz na to z perspektywy osoby, która jest z tym miejscem związana?
Parę dni temu rozmawiałam ze znajomymi w Nuuk i Upernaviku. Po tym, jak cała ta sytuacja wybuchła, do stolicy zjechało się dużo dziennikarzy i natychmiast było to widać. Z kolei w innych małych miejscowościach było spokojniej. Tam ludzie bardziej żyją faktem, że stan lodu na Grenlandii jest bardzo słaby. Zima w tym roku jest wyjątkowo łagodna, a w niektórych osadach brakuje właśnie lodu. Mimo to wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje politycznie.
Grenlandczycy są dumni ze swojego pochodzenia. To jest naród bardzo pokojowy, mimo to były ostatnio demonstracje przeciwko Trumpowi. Co ciekawe, gdy zaczęły się podchody Trumpa, dało się zauważyć, że Grenlandczycy zaczęli bardziej przychylnie kierować się w stronę europejskiego kraju – mimo że stosunki pomiędzy Grenlandią a Danią historycznie nie zawsze były łatwe.
Oni zdają sobie sprawę, że mimo wszystko teraz lepiej trzymać z Duńczykami i pod żadnym względem nie chcą czuć się częścią USA. W lokalnych mediach temat jest gorący i dużo się o tym mówi. Organizowane były też m.in. tematyczne wiece.
Myślę, że większość osób nie zna prawdy, nie do końca wiadomo, o co w pełni chodzi Trumpowi. Myślę, że gdyby wydobywanie tamtejszych surowców było opłacalne, to ktoś by to dawno zrobił, a Grenlandia nie ma na to własnych mocy przerobowych i ktoś musiałby zgłosić na to ofertę. Problemem są wysokie koszty operacyjne, surowy klimat czy brak infrastruktury, a czas realizacji takich inwestycji byłby bardzo długi.
Wspomniałaś też o tym, że ludzie martwią się nie tylko kwestią polityczną, ale też brakiem lodu. Jak więc ma się tam temat ocieplenia klimatycznego?
To jest temat, który otwiera puszkę Pandory. Jest dużo szukania sensacji i nie zawsze chodzi o prawdę. Jest problem z komunikacją w temacie ocieplenia, bo przez media trudno przekazać rzeczywisty obraz sytuacji. Z naukowego punktu widzenia trudno przekazywać takie informacje, bo zawsze mowa o szacowaniach, statystykach czy prawdopodobieństwie. Bywa, że szacunki przedstawiane są jako prawda, a ta prawda jest później powielana w mediach, a fakty mogą być inne. Ostatecznie każdy wierzy w to, co chce. Nie uważam, że nie istnieją zmiany klimatyczne, ale za krótko mieszkałam na Grenlandii, żeby coś realnie zobaczyć. Są różne cykle i tak dalej.
Będąc tam, słyszałam, że mówiło się o tym, ale nie był to temat wyeksponowany, choć były głosy, że widać zmiany i na przykład na jakimś obszarze myśliwi muszą się zapuszczać dalej, bo nie ma lodu, a zima przychodzi później.
W tym sezonie ta zima dla nich jest tam bardzo dziwna. Pod koniec stycznia w Nuuk, to była nawet plusowa temperatura, zamiast mrozu, a luty powinien być przecież najzimniejszy. Z kolei od niektórych mieszkańców słyszałam, że takie zimy też tam już kiedyś były, że są pewne cykle i to się powtarza.
Na koniec prosiłbym cię o jakieś podsumowanie. Ogólnie poza Polską spędziłaś ponad 30 lat w bardzo różnych miejscach na świecie m.in. w RPA czy Niemczech, a teraz jest Szwecja. Gdybyś miała ocenić, które wywarło na tobie największe wrażenie spośród wszystkich, to które by to było?
Może największe wrażenie robią na mnie miejsca, w których mnie jeszcze nie było? A tak zupełnie poważnie, to nie wiem, bo przy każdym miejscu to były różne etapy życia. Gdy wyprowadzałam się po raz pierwszy, chodziło, o to, by zobaczyć inne kultury, były też kwestie zawodowe i naukowe.
Myślę, że szczególne znaczenie ma dla mnie właśnie Grenlandia. Nauczyła mnie rzeczy, o których nigdy nie myślałam i nie spodziewałam się robić. Nie myślałam, że będę uczestniczyła w polowaniu na rekina grenlandzkiego, że będę oprawiać fokę, zabiję fokę czy że będę oprawiać ryby. Nauczyłam się, że do każdych warunków można się przyzwyczaić – do braku bieżącej wody, fryzjera czy wydarzeń kulturalnych.
Zdałam sobie tam sprawę, że mogę więcej, niż myślałam. Grenlandia pozwoliła mi zbudować w sobie większą wytrwałość i pokorę dla sił natury. Mam w sobie też wdzięczność, że dostałam możliwość tego doświadczyć. Co ciekawe, tam, mimo że jestem introwertykiem, nauczyłam się wcielać w rolę ekstrawertyka – to jest konieczne właśnie, gdy pracuję na statkach.
Jako że wiele razy podróżowałam do Japonii, ostatnio często poważnie myślę też o przeprowadzce do tego kraju. Szczerze mówiąc, sama nie wiem jeszcze, czy znów na dłużej wybiorę Grenlandię, czy jednak postawię na coś innego, może Polskę?
Czytaj też:
Ten kraj ma wiele zalet i tylko jedną wadę. Polka o życiu na IslandiiCzytaj też:
11 dni rejsu na Antarktydę i oświadczyny na mroźnym lądzie. Polacy opowiedzieli o przygodzie marzeń
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
