Skontaktowaliśmy się z Ireną Brzezińską, która mieszka za granicą od urodzenia. To okolice Paryża stały się jej codziennym domem, choć Polska od zawsze miała w jej sercu szczególne miejsce. Jak od najwcześniejszych lat odnajdywała się między dwiema kulturami? Jak postrzegali ją Francuzi i jak ona postrzega ich dzisiaj? Poznajcie odpowiedzi na te oraz wiele innych pytań. Sprawdźcie też, gdzie warto pojechać, by spędzić tam urlop bez tłumów.
Paulina Kopeć, „Wprost”: Jak to się stało, że twoja rodzina znalazła się we Francji? Czy oboje twoi rodzice są Polakami?
Irena Brzezińska, na co dzień studentka prawa w Paryżu. Od lat pracująca jako dziennikarka w polskim Radiu 357, współprowadząca audycję: „Merde! Znowu Francja”: Moi rodzice oboje są Polakami, ale poznali się we Francji, długo po tym, jak każdy z nich osobno przybył do tego kraju. Myślę, że w tych czasach, było to po prostu miejsce, które dawało wiele możliwości. Tata na przykład na początku był w Londynie, a potem wyjechał do Paryża. Mama właściwie zawsze miała sentyment do Francji i gdy tylko mogła, wyjechała tam z Warszawy. Później rodzice pracowali razem w Radiu w RFI, czyli Radio France International, aż ostatecznie zaczęli wieść tam wspólne życie. Później urodziłam się ja.
Myślę, że można powiedzieć, że jesteś osobą z pogranicza dwóch kultur, w końcu wychowywałaś się w polskiej rodzinie, ale jednak w zupełnie innym kraju. Jak na co dzień w domu kultywowano polskie tradycje, smaki czy język?
Najśmieszniejsze jest to, że urodziłam się we Francji, ale nie mówiłam po francusku do trzeciego roku życia – zresztą niemal wcale nie mówiłam i miałam swój własny język. Od początku wokół mnie rozmawiano po polsku. Jeśli chodzi o francuski rodzice doszli do wniosku, że sami mogą mnie go nauczyć z pewnymi błędami, które człowiek popełnia, gdy uczy się sam przez lata i że najlepiej, żebym przebywała z kimś kompletnie francuskojęzycznym. Wtedy wysłano mnie do przedszkola – niemówiącą po francusku! Nie mam z tego okresu zbyt wielu wspomnień, ale wiem, że zwykle nie chciałam tam chodzić, zupełnie nie rozumiałam, co do mnie mówiono. Na szczęście w wieku trzech lat ten język bardzo szybko się przyswaja, ostatecznie przyzwyczaiłam się i nauczyłam francuskiego.
Mimo to zawsze mówię, że polski jest moim pierwszym językiem i to całkowita prawda. Z drugiej strony, co ciekawie, umiem przeklinać głównie po francusku i jakoś bardziej pasuje to do mojego myślenia. Oczywiście te polskie przekleństwa też przyswoiłam i wiem, jak używać, ale nie jestem w stanie ich stosować. Myślę, że wynika to m.in. tego, że od małego byłam otoczona dorosłymi Polakami, którzy nie wysławiali się w sposób wulgarny. To m.in. dlatego większość przekleństw i takich wulgarnych sposobów mówienia w tym języku nie przechodzi mi przez gardło. Jeśli chodzi o francuskie przekleństwa, one przyszły gdzieś z czasem, gdy zaczęłam częściej obcować z rówieśnikami i wydają mi się bardziej naturalne.
Jeśli chodzi o język, myślę, że wiele zawdzięczam temu, że rodzice kładli nacisk na to, żebyśmy nauczyli się polskiego i żebyśmy nie mówili po francusku między sobą, co sprawiło, że dobrze mówimy w obu językach. Wiele zależy od wychowania.
Otaczanie się dwoma językami i kulturami musiało być wyzwaniem dla ciebie jako dziecka.
Tak np. na początku w przedszkolu czy szkole bardzo się izolowałam i czytałam książki na podwórku – do tego polskie! Jako że nie żyłam na co dzień we francuskiej rodzinie, nie mam całkowicie takiego samego dostępu do wszystkich elementów kulturowych, które panowały w tradycyjnych domach tego kraju. Gdy byłam mała, wychowywałam się na polskich bajkach, płytach, kasetach czy książkach. W tej sferze czułam pewnego rodzaju zamknięcie się na tę jedną kulturę i wychowywałam się w takim polskim duchu np. z dobranocką o dziewiętnastej.
Kiedy poczułaś, że zaczynasz się integrować z francuską kulturą i oswajać z drugim językiem? Dziś jest już zupełnie inaczej niż kiedyś, a francuski jest częścią twojego codziennego życia.
Zaczęło się to zmieniać w podstawówce, gdy były książki w klasach. Powoli czerpałam z francuskiej literatury. Wtedy też częściej integrowałam się z innymi dziećmi. Coraz lepiej wiedziałam, o czym na co dzień mówią, o jakich bajkach czy programach. W późniejszym czasie wiele nowinek przynosił ze szkoły do domu mój młodszy brat, który zintegrował się znacznie wcześniej. Następnie i ja się bardziej otwierałam na francuską kulturę. Myślę, że najbardziej między podstawówką a gimnazjum.
Co ciekawe, mimo że zawsze było to życie między dwoma językami, nie miałam żadnych trudności, żeby lawirować między nimi. Przełączanie się z jednego na drugi, nigdy nie było dla mnie problemem i wyglądało zupełnie naturalnie. Nie pamiętam też czegoś takiego, że nie chciałam kimś rozmawiać po polsku, albo po francusku. To była część mojego życia od początku i to się samo złożyło razem w całość.
A jeśli chodzi o tradycyjne smaki? W domu dominowała u ciebie polska kuchnia?
Mieszaliśmy od zawsze różne kuchnie, m.in. indyjską czy tradycyjną polską. Nie pamiętam, aby jakoś bardzo często przygotowywano mi tradycyjnego schabowego z ziemniakami. Mieliśmy taką dobrą równowagę między wszystkimi możliwościami. Pewnego dnia można było zjeść rosół i na drugi dzień pomidorową, a potem jakieś danie azjatyckie czy francuskie. To było coś miłego. Tutaj też widać dużą otwartość na te różne smaki. Tata zawsze wspomina, że już kiedy przyjechał do Paryża, to można było spróbować wielu rzeczy i nie trzeba było zamykać się na smaki jednej kultury. Jeśli chodzi o kuchnię, na pewno nie czułam takiego zamknięcia wyłącznie na polską.
Jak ci się żyje dziś na przedmieściach Paryża? Czujesz się tam bezpiecznie?
Nie mam żadnych zastrzeżeń. Jestem osobą na przedmieściach, ale do Paryża mamy rzut beretem. Do tego jest blisko do terenów zielonych, lasów i spokoju. Zamieszkanie poza ścisłym centrum jest świetnym kompromisem między malutkimi mieszkaniami w Paryżu a byciem blisko tego miasta i jednocześnie posiadaniem przestrzeni, gdzie można spokojnie wychować dzieci. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, nie czułam się nigdy zagrożona. Ja wiem, że niestety, w mediach dużo mówi się o tym, co się dzieje we Francji. Były sytuacje, że ktoś mnie gdzieś zaczepiał czy zatrzymywał, ale to często w takich bogatszych dzielnicach i często byli to starzy mężczyźni, Francuzi, a nie obcokrajowcy. Z kolei jeśli chodzi o komunikację i transport, to wszędzie można dojechać miejskim, więc jest przyjemnie i wygodnie.
Gdybyś miała wymienić kilka najbardziej charakterystycznych rzeczy, które określają podejście do życia Francuzów, ich mentalność, kulturę, takie, które najbardziej dostrzegasz, co by to było?
To zależy od regionu. Jak się pojedzie na południe Francji, to czuć, że mają bardzo pozytywne podejście do życia i dobrze się bawią. Widać u nich dobry humor, super nastrój i przede wszystkim królujące pastis i bule, czyli kultowy zestaw symbolizujący relaks i życie towarzyskie. Mowa o anyżowym aperitif i grze w bule, polegającej na rzucaniu metalowymi kulami – na południu jest ona bardzo popularna. Z drugiej strony, tutaj w Paryżu mam przyjaciela, który ma teren do buli w ogrodzie, więc można się z tym też spotkać w centrum.
Jeśli chodzi o Paryż, tu z kolei widać, że ludzie się bardziej spieszą i wydają się mniej uśmiechnięci niż na południu. Wpływ na to może mieć pogoda, bo tutaj np. częściej pada i to przez kilka dni, a na południu jest więcej słońca – do tego plaża i ładniejsze widoki. Mam wrażenie, że w takich okolicznościach łatwiej być pozytywnym. Co do Paryżan, to często słyszy się też takie stereotypy, że są nieuprzejmi, z kolei ja często dostaję odzew od ludzi, którzy tu przyjeżdżają, że na miejscu okazuje się to kompletną nieprawdą. Myślę, że często nieprzyjemni mogą być kelnerzy, bo są zwykle mocno zabiegani, ale to chyba jedyna grupa, która może wydawać się nieprzyjemna.
Ogólnie u Francuzów na pewno widzę chęć spotykania się i otwartość na życie towarzyskie. Po pracy wszyscy chcą się integrować przy drinku czy małej przekąsce przed kolacją. Mam też wrażenie, że mają taki sposób patrzenia na gastronomię jako element codziennego celebrowania. Widać silną kulturę zakorzenienia bagietki i jak się chce zjeść kanapkę, to koniecznie musi być na bagietce!
Czy pamiętasz, aby Francuzi, z którymi przebywałaś, mieli jakieś wyobrażenia na temat Polski? Coś ich interesowało na temat kraju, z którego się wywodzisz?
Jak byłam mała, to było tu bardzo dużo wyobrażeń o Polsce. Francuzi widzieli ten kraj jako daleki i zimny. Ja ktoś chciał być niemiły, to potrafił mówić, że tam są pingwiny czy arktyczne klimaty. Było zainteresowanie, ale było też sporo dezinformacji. Nikt wokół mnie za bardzo nie wiedział, czym właściwie jest Polska i była ona bardzo kojarzona z Rosją – wielu osobom wydawało się, że to podobne miejsca. Słyszałam zdania, że jeśli mówię po polsku to przecież prawie jak po rosyjsku, albo moje imię wymawiano w rosyjski sposób, w przekonaniu, że to żadna różnica. Dla nas przecież to absolutnie nie jest to samo i nie lubimy być porównywani z Rosją!
Wychowując się w dwóch kulturach, poznając też historię obu krajów i obserwując to, co dzieje się na świecie, dostrzegłam, że mamy zupełnie inną mentalność. My jako Polacy mieliśmy prawie 50 lat komunizmu, zupełnie inaczej patrzyliśmy na Związek Sowiecki. We Francji byli Alianci i oni byli sprzymierzeńcami z Francją. Francja nigdy nie miała aż tak złej wizji i doświadczeń. Jasne, wiedzieli o tym, że były gułagi, że było to i tamto, ale ponieważ ich to nie dotyczyło i zawsze byli sprzymierzeńcami, to mieli zupełnie inny punkt widzenia. Zupełnie inaczej patrzyli i na Rosję i na ZSRR, jako na coś odległego. Ja zawsze byłam wychowana z naszą polską historią. Polacy właśnie czuli to wszystko, komunizm i jego skutki. To jest wielka różnica. W gimnazjum i w szkole średniej, gdy już się interesowałam polityką i mówiłam, że: „uwaga, bo Rosja może być problemem dla Europy i tak dalej”, wszyscy się ze mnie śmiali. Putin dla nich to był taki bohater, który jeździ sobie na niedźwiedziu, uprawia judo, ale nigdy nie myśleli o nim na poważnie. My zawsze byliśmy bliżej i widzieliśmy to zupełnie inaczej.
Te różnice są też widoczne w relacjach międzynarodowych i to, że znam polską historię, sprawia, że mogę mieć zupełnie inny punkt widzenia od rdzennego Francuza, który wychował się tylko w kulturze francuskiej. To są różnice, o których często się nie myśli, a to jest ważne.
Masz wrażenie, że dzisiaj też Francuzi patrzą stereotypowo na Polaków? Zmieniają się jakoś ich wyobrażenia na nasz temat?
Ludzie z Francji coraz częściej wyjeżdżają do Polski. Jest dużo programów wymian m.in. do Gdańska, Krakowa, Katowic czy Wrocławia. Pojawiają się okazje, by lepiej poznać ten kraj. Od osób, które były, słyszę, że bardzo im się spodobało. Myślę, że pozytywny wpływ w tej kwestii mają też media społecznościowe, bo dużo osób filmuje podróże, pokazuje, jak wyglądają różne miejsca.
Polska nie jest już postrzegana jako zacofany kraj, a po prostu za kraj Unii Europejskiej, który warto odwiedzić. Początkowo był większy dystans i panowało mniej realnych wyobrażeń na jej temat.
A czy przez to, że masz polskie korzenie, Francuzi reagowali lub reagują na ciebie czasem jakoś inaczej? Jak reagowali, gdy dowiadywali się, że wywodzisz się z polskiej rodziny?
Jeśli chodzi o takie kwestie, to zdarzyło mi się czasem otrzymywać dziwne uwagi. Np. gdy rozmawiałam przed moim liceum z przyjaciółmi i ktoś usłyszał, że jestem Polką i że u mnie w domu rozmawiamy po polsku, to powiedział mi wtedy, że: „tak mu się wydawało, że słyszał u mnie akcent, gdy mówię po francusku”. Nie chciałam tego komentować, bo przecież mówię w tym języku od dziecka. Z kolei aktualnie, gdy pracuję zdalnie dla radia w Polsce, zdarza mi się słyszeć uwagi, że słychać, że urodziłam się we Francji. Zawsze mój błąd, który zdarza się każdemu, podpinany jest pod to, że to dlatego, że mieszkam w innym kraju, a nie, że po prostu się przejęzyczyłam.
A sama czujesz się bardziej Polką albo bardziej Francuzką?
Zdecydowanie jest takie pół na pół, czuję się Polką i Francuską. Nigdy nie dzieliłam tego na procenty, ale myślę, że można tak powiedzieć. Czuję, że obydwie kultury i tradycje są absolutnie we mnie zakorzenione. Można mieć dwie narodowości, dwie kultury, więc to jest absolutnie możliwe. Dziś pracuję po polsku, studiuję po francusku i udaje mi się to łączyć.
Chcę też zapytać o twoje podróże do Polski. Jestem ciekawa, jak często bywasz w tym kraju i jak wspominasz te wizyty.
Zdecydowanie przyjeżdżam do Polski co najmniej raz w roku. Nie przypominam sobie ani razu, żebyśmy przynajmniej latem nie przyjechali na wakacje. Moje pierwsze odczucie z tym krajem jest właśnie z perspektywy dziecka, które urodziło się we Francji. Pamiętam, że przylatywaliśmy na Lotnisko Chopina – bo zazwyczaj do Warszawy, lub przyjeżdżaliśmy samochodem.
Pierwsze co rzucało mi się w oczy, to że w Polsce wszyscy mają biały kolor skóry. Szokowało mnie to już jako małą dziewczynkę. To może wydawać się dziwne, ale przyzwyczaiłam się do tego, że codziennie widzimy wiele kultur, słyszymy różne języki na ulicy, a jak przyjeżdżałam do Polski, no to było tylko polsko. Dziwił mnie brak kontrastów.
I zauważmy, że nawet w Warszawie, a to przecież stolica.
Tak. Dziś też jest już w tym mieście inaczej, bo sporo się zmieniło i widzę, że to ewoluuje. W każdym razie jako dziecko, lądując z powrotem we Francji, zawsze miałam wrażenie, że otoczenie w tym kraju jest mi bardziej znane, ta różnorodność wydawała mi się bliższa. W Polsce też od zawsze rzucał mi się w oczy brak uśmiechu. Pamiętam, że gdy przyjechałam do babci, musiałam przez kilka dni przyzwyczajać ekspedientkę, że przychodzę, mówię: „dzień dobry” i jestem zawsze uśmiechnięta. Próbowałam przekonać, że nie jestem niegrzeczną osobą, aż w końcu ona zaczęła się czuć przy mnie jakoś swobodniej i też do mnie uśmiechać. Mam wrażenie, że to nie przychodziło tak naturalnie i miało się wrażenie, że częściej ludzie są ponurzy. We Francji częściej słychać, że ludzie mówią do siebie: „dzień dobry” np. w autobusie do kierowcy. Z kolei w piekarniach czy sklepach osoby są otwarte na luźną rozmowę.
Tak poza tym dziś Polska kojarzy mi się głównie z wakacjami. Gdy przyjeżdżam do Warszawy, spędzam czas np. w okolicach Żoliborza, ulice są słoneczne, bo jest lato. Bardzo mi się podoba. Mam też wrażenie, że ludzie są wtedy częściej uśmiechnięci. Odwiedziłam też Mazury, małe wioski i uwielbiam Bieszczady. Uważam, że w Polsce są zdecydowanie piękne miejsca i bardzo mi się podobają. Można znaleźć malownicze krajobrazy, spokój ciszę i bardzo miłych ludzi.
Coś poza brakiem różnorodności jeszcze w Polsce cię zszokowało?
Pamiętam to jak wczoraj, jak poszliśmy do polskiego urzędu, bo potrzebowaliśmy jakiegoś dokumentu i spieszyliśmy się. Pani powiedziała do nas z okienka: „O przepraszam, ja teraz tylko wychodzę na przerwę obiadową i później przyniosę ten dokument”. My patrzyliśmy się po sobie z rozczarowaniem, że teraz czekają nas dwie godziny oczekiwania. Byliśmy w jakiejś małej wiosce, gdzie nic się nie działo. Wtedy ta pani się na nas patrzy i mówi: „Ależ proszę się nie martwić, ja tylko 15 minut zjem kanapkę i wrócę”.
Mnie po prostu ręce opadły. Wolałam już poczekać te dwie godziny na tę panią i żeby ona sobie zjadła porządny obiad na spokojnie, usiadła, a nie żeby musiała tak się spieszyć. Dla mnie był to największy szok, jakiego doświadczyłam, który pamiętam do tej pory.
Zaczęłam zadawać tej pani pytania, że jak to – tylko 15 minut? Po czym wyjaśniła mi, że tyle normalnie trwają przerwy. Byłam przyzwyczajona do zupełnie innej mentalności i podejścia.
No tak, bo we Francji jest w tej kwestii zupełnie inaczej. Przerwy na posiłek to świętość i to musi być jakościowy czas.
Dokładnie! Już od gimnazjum, czyli już jak jesteśmy mali, od 11 roku życia jesteśmy uczeni tego, że kiedy jest przerwa w szkole czy w pracy, to pierwsze pytanie rano brzmi: „Kiedy jemy?”, „Gdzie jemy?”, „Czy jemy w tym samym czasie” – bo u nas były np. dwie pory obiadowe o różnych godzinach zależnie od planu lekcji oraz „Z kim jemy?”. To się przekłada też na studia i pracę, gdzie już rano się ustala takie rzeczy. Ustalamy np. czy jemy na stołówce, czy idziemy do restauracji, parku i z kim.
To jest właśnie celebrowanie jedzenia, to żeby usiąść, żeby zjeść razem, żeby po prostu czerpać przyjemność z otoczenia tych, z którymi siedzimy. Czasem nawet to jedzenie schodzi na drugi plan, bo ważniejsi są ludzie, którzy są wokół nas. Tutaj to nie jest tylko podgrzewanie sobie makaronu w mikrofalówce. Popularne są przystawki, dania główne i desery. Francuzi zawsze chcą dobrze zjeść i czerpać z tego przyjemność – nawet jak się jest samemu i wychodzi się samemu na ten posiłek.
Myślę, że to jest coś bardzo wartościowego, czego mi osobiście w Polsce brakuje. W pracy czy na uczelni posiłek jest często takim jedynym momentem, by się zintegrować i zrelaksować, mam wrażenie, że Polacy na co dzień rzadko to robią. Z kolei jeśli chodzi o sam czas przerw, to myślę że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by szybciej kończyć pracę. Warto wspomnieć, że we Francji te długie przerwy nie są wliczane w godziny pracy, więc teoretycznie bycie w niej się wydłuża. Mam wrażenie, że Polakom, którzy przeprowadzają się za granicę, czasem to przeszkadza. Czytałam raz komentarz na grupie facebookowej dotyczącej Włoch, że ktoś narzekał na to, że ma tak długie przerwy i przez to później kończy pracę.
Mogę to zrozumieć, bo na przykład znam osoby, które w przerwie obiadowej są w pracy, chcą się bardziej od niej izolować, by nie czuć się jak w pracy. Np. umawiają się na posiłek z kimś spoza firmy czy spędzają czas jakoś inaczej, robią coś dla siebie. Poza tym trzeba zwrócić uwagę, że to zależy od rodzaju pracy, bo są takie miejsca, gdzie ktoś może skończyć wcześniej i nie korzystać z tych długich przerw. Ważne, by skończyć, to co ma się do zrobienia na dany dzień.
Z kolei moim zdaniem dobrze jest mieć taki długi czas oddechu, bo można cieszyć się celebrowaniem jedzenia każdego dnia, a nie tylko od święta. Mam wrażenie, że w Polsce jest wielka kultura kanapkowa i od dziecka jest się uczonym chodzenia z kanapkami. Podobnie jest z kolacjami, gdzie często są to kanapki. We Francji kanapki są bardziej na obiad, gdy pójdzie się do piekarni np. po kanapkę w bagietce. Kolacja to zwykle talerz z różnymi rzeczami na zimno, albo coś na ciepło.
Myślę, że Francuzi jedzą zupełnie inaczej niż Polacy. Je się przystawkę, potem główne danie, sery z bagietką, może też być sałata, a na koniec deser – słodki, albo jogurt czy owoc. W Polsce otrzymuje się takie ogromne obiady i porcje, my jesteśmy przyzwyczajeni do jedzenia tego w dużych odstępach czasu i w mniejszych ilościach na raz.
Zbliżamy się do okresu planowania urlopów, majówki, a nawet wakacji. Pewnie niektórzy wezmą pod uwagę Francję. Są takie miejsca, które polecałabyś nam na taki wypoczynek? Masz jakieś ulubione we Francji, które kojarzą ci się z wakacjami, piękną przyrodą czy atrakcjami dla ciebie wyjątkowymi?
Jeżeli lubi się plaże, słońce i morze, no to przychodzi do głowy oczywiście podróż do Nicei czy Marsylii, ale trzeba pamiętać, że tam jest dużo ludzi. Mimo to w okolicy jest mnóstwo mniejszych fajnych miejsc bez turystów, gdzie zastaniemy niemal ten sam południowy klimat. Na przykład tuż obok Marsylii jest tzw. Cassis – piękne miejsce na odpoczynek. Jeśli chodzi o góry, no to oczywiście Alpy i Pireneje. Na krótszy weekend na północy świetna będzie Pikardia. Woda tam będzie chłodniejsza i przypominająca Bałtyk, ale jest bardzo przyjemnie. Znajduje się tam wiele mniej turystycznych, długich plaż. Z Paryża można z kolei pojechać np. do parku Fontainebleau, tam są m.in. lasy ze skałami i dzika natura.
Francuzi lubią tam wyjeżdżać?
Tak oczywiście. Francuz to zwierzę towarzyskie i wyjazd nawet na dwa dni poza duże miasto, to coś, z czego korzysta każdy, kto ma tylko możliwość. Trzeba też dodać, że jeśli chodzi o Paryżan, każdy wyjazd poza Paryż to jest już wyjazd na prowincję. Tylko stolica uznawana jest za centrum. To, co wyżej nad nim to już tzw. północ, a niżej są południowe klimaty.
Gdybyś miała powiedzieć, czym teraz najbardziej żyją ludzie na miejscu, to co by to było?
Na pewno Iranem, tym co się dzieje w strefie Gazy i ostatnio nieco mniej Ukrainą. Jest duża polaryzacja między dwiema stronami – Izraelem a Palestyną, ponieważ widzimy to właśnie w skrajnościach. Jedna skrajność jest za jedną stroną, druga z drugą. Z punktu widzenia tego, co się dzieje na świecie, przeciętny Francuz jest ostatnio trochę pesymistyczny. To co się dzieje w Iranie, ma też konsekwencje dla Stanów Zjednoczonych i Europy. Francuzi odczuwają to m.in. w sklepach i na stacjach benzynowych. Takie wzrosty kosztów mają wpływ na wiele codziennych spraw. Tutaj popularna jest np. praca pielęgniarek, które codziennie jeżdżą do pacjentów do domów. W górach, gdzie mają po 20 km między jednym a drugim pacjentem, ceny paliwa mają duże znaczenie. Oni np. się zastanawiają, czy nie będą musieli przestać jeździć do niektórych pacjentów. Z różnych reportaży wynika, że o tym się mówi.
Mogłabyś na koniec podsumować, za co najbardziej cenisz życie we Francji?
Coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że przede wszystkim za wielokulturowość. Mamy dużo styczności z różnymi kulturami i nie jest to dla nas straszne. Mamy ogólną wiedzę na temat różnych, świąt, tradycji, języków i cenię to, że Francuzi są bardzo otwarci na inności, nie patrzą na nie jak na zagrożenie.
A co powiedziałbyś komuś, kto planowałby zacząć życie w tym kraju?
Zapomnieć o stereotypach i o tym wszystkim, co się usłyszało o Francji czy o Paryżu. Czasem nawet jak się słucha Francuzów z innych miast, to niby Paryż jest najgorszym miejscem na świecie, a nie jest. Trzeba wyrobić sobie swoją własną opinię zdecydowanie i przyjść z otwartym umysłem. Warto pamiętać, że otwartym osobom będzie łatwiej. Dobrze też nie zamykać się tylko na Polonię. Ta jest tutaj ogromna, dlatego jeśli się chce, łatwo żyć tylko na polskiej orbicie – wtedy możemy mieć problem, by zintegrować się bliżej z Francuzami. Nie mówię, że należy zapominać o swojej polskości, ale warto zachować równowagę.
Czytaj też:
Ewa pokazuje Meksyk Polakom. Ten kraj to nie tylko maniana i słońceCzytaj też:
„Mała Polska” w Hiszpanii. Tutaj można zamówić żurek na wakacjach
