Wystarczyło jedno hasło w języku niemieckim, by znów rozbudzić na Majorce dyskusję o negatywnych skutkach nadmiernej turystyki. Na popularnej wśrod turystów z Europy Zachodniej hiszpańskiej wyspie niedawno wybuchł duży skandal związany z promowaniem nocnej rozrywki. Pasażerów, którzy przylatywali do Palmy witał billbard nawiązujący do słynnych imprez w Las Vegas: „Was auf Malle passiert, wird auf Malle beglichen” czyli – Co wydarzy się na Majorce, zostaje na Majorce. Autor reklamy odniósł się do zarzutów.
Majorka nie chce głośnych imprezowiczów
Majorka od lat walczy z wizerunkiem wyspy, na którą przylatuje się nie tyle na wakacje, co na dobrą imprezę. Tanie regularne loty i coraz bogatsza oferta dla wielbicieli nocnej rozrywki sprawiają, że ten kierunek każdego lata przeżywa oblężenie turystów z Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Niderlandów. Niedawno do niechlubnej sławy nawiązał jeden z niemieckojęzycznych billoardów wystawionych na lotnisku w Palmie. Hasło „Co wydarzy się na Majorce, zostaje na Majorce” wielu osobom skojarzyło się jednoznacznie z zabawą i alkoholem. Doszło do tego, że kampanię wprost skrytykował nawet minister turystyki Balearów, Jaume Bauzà.
Firma, która wykupiła reklamę, odpiera zarzuty
Na krytykę mieszkańów i polityków szybko zareagował główny zamieszany. Przedstawiciele firmy Sparkassen-Finanzgruppe twierdzą, że reklama ma po prostu promować oferowany system płatności i nie odnosi się do sposobu spędzania wolnego czasu na wyspie. Chwytliwe hasło było konieczne, by zwrócić uwagę klientów. „W żadnym wypadku nie mieliśmy zamiaru urazić wrażliwości mieszkańców Majorki. Jeśli jednak takie wrażenie pojawiło się w konkretnych przypadkach, traktujemy to bardzo poważnie i dlatego rozważymy dalsze postępowanie” – przekazano w komunikacie. To jednak nie uspokoiło oburzonych, którzy w dalszym ciągu domagają się zakończenia tej kampanii.
Czytaj też:
Mieszkańcy wyspy mają dość. Zablokowali turystom wejścia Czytaj też:
Polacy będą spokojni na wakacjach. Hiszpania wprowadza ważne zmiany
