Polak pomaga w klinice we Włoszech. „Dzięki temu ludzie czują się pewniej i spokojniej”

Polak pomaga w klinice we Włoszech. „Dzięki temu ludzie czują się pewniej i spokojniej”

Dodano: 
Włochy
Włochy Źródło: Archiwum prywatne / Daniel Żyłko
Są takie miejsca za granicą, które przyciągają tłumy Polaków. W jednym z nich pracuje Daniel i niesie pomoc w stresujących sytuacjach.

Daniel ma za sobą dwa sezony pracy dla włoskiej kliniki specjalizującej się w kontuzjach sportowych. Przed nim trzeci – ten trudniejszy – w kurorcie narciarskim. W czym pomaga turystom i jak duże znaczenie ma jego rola, jeśli chodzi o Polaków wypoczywających na miejscu? O tym opowiada w rozmowie z „Wprost”.

Paulina Kopeć, „Wprost”: Jak to się stało, że zaczął pan pracę we Włoszech i czym dokładnie zajmuje się pan w klinice?

Daniel, pracownik włoskiej kliniki Alp Trauma Clinic: Jak to zwykle w życiu bywa, robimy jakieś plany, ale to, co tak naprawdę zmienia nam życie, jest kwestią przypadku. Tak było też tym razem. Po prostu skontaktował się ze mną ktoś, kto słyszał o ofercie pracy we Włoszech i o tym, że jest potrzebna osoba, która dobrze rozmawia w języku włoskim. Chodziło o to, by asystować pacjentom kliniki regionu górskiego Val di Sole – rozmawiać z nimi i pomagać w komunikacji. Ostatecznie pracowałem tam cały zimowy sezon. Wcześniej byłem już bardzo związany z Włochami i jeździłem tam od dziecka, więc to miejsce jest mi bliskie.

Rozumiem, że Polaków w Val di Sole jest tak dużo, że specjalnie szuka się do pracy kogoś z naszego kraju. Podejrzewam, że jeśli chodzi o kwestie medyczne, szczególnie ważne jest, by dobrze się komunikować z poszkodowanymi.

Val di Sole w północnych Włoszech jest wyjątkowe i jest pewnego rodzaju fenomenem, jeśli chodzi o turystów, w tym także Polaków. W zimę ludzie zazwyczaj porównują je do polskiej Białki Tatrzańskiej, która zdecydowanie jest najpopularniejsza i najbardziej oblegana. Tak więc trafiłem do włoskiej mekki narciarskiej na takim poziomie, gdzie Polaków jest cała masa.

Sytuacja wygląda tak, że zarówno włoscy lekarze, jak i polscy turyści rozmawiają po angielsku, więc potrafią się porozumieć w tym języku, ale zauważyłem, że jeżeli chodzi o sytuacje kliniczne, stresowe jest to inna sprawa. To coś zupełnie innego rozmawiać sobie przy barze po angielsku i żartować, a coś innego kiedy ktoś ulega jakiemuś urazowi. Wtedy lekarz mówi co dalej, jakie są zalecenia i o wynikach podczas badania w ambulatorium. Stres jest dosyć duży. Kiedy pacjenci trafiają na mnie w poczekalni kliniki, a ja przedstawiam się, mówiąc, że tam pracuję, z ich strony widać ogromną ulgę, że jest ktoś z Polski. Mnie można wtedy dokładnie wytłumaczyć, o co chodzi i w czym jest problem. Ja z kolei to samo przekazuję lekarzowi i tłumaczę wszystko w obie strony.

Będąc na miejscu, zauważyłem, jak bardzo jest to ważne i pomocne rozwiązanie dla turystów. W ostatnim sezonie w Val di sole było u nas około 80 proc. pacjentów z Polski. Jest to zdecydowanie najbardziej polskie miejsce na narty we Włoszech.

Daniel podczas pracy

Jak w praktyce wygląda pana praca, gdy już komuś coś się przydarzy w tym kurorcie?

Często jestem pierwszym kontaktem, do którego ludzie dzwonią, będąc gdzieś w okolicy kliniki. Mój numer zostawiam na różnych grupach facebookowych i przypominam o sobie oraz naszym miejscu. Organizuje wszystko, w tym dodatkowe i kolejne wizyty czy badania. Może to być np. rezonans, gdzie trzeba się umówić na następny dzień itd. Widzę, że dzięki temu ludzie czują się pewniej i spokojniej. Zwykle trafiają do nas osoby z różnymi urazami, do których dochodzi podczas jazdy na nartach. Podobnie jest jeśli chodzi o klinikę nad jeziorem Garda, gdzie pracowałem w sezonie letnim.

Często ludzie przychodzą, bo coś ich boli po upadku i nawet nie zdają sobie sprawy, że to złamanie. Dopiero później się okazuje po prześwietleniu, że jest pęknięcie kości. Czasem jest też tak, że ktoś do nas dzwoni z miejsca wypadku i wtedy oceniamy, czy mamy wszystkie możliwości, żeby pomóc, bo jesteśmy jednak kliniką ortopedyczną. W groźniejszych wypadkach jest wzywana służba publiczna. Czasem jest tak, że dopiero w dalszej kolejności turyści zgłaszają się do nas, gdy konieczne są kolejne badania czy operacja – wtedy w szybkim tempie wszystko to organizujemy. Jeśli chodzi o tego typu kwestie w służbie publicznej, różnie to bywa. Z kliniki nie przyjeżdżamy jednak do wypadków, które wymagają błyskawicznej interwencji w przypadkach bezpośredniego zagrożenia życia. Wtedy najważniejszy jest kontakt i telefon na 112.

W sezonie letnim pracował pan dla kliniki nad Gardą. To coraz popularniejsze jezioro na północy Włoch. Zauważam, że od lat to miejsce jest bardzo promowane i Polacy też wybierają je coraz częściej. Rozumiem, że to przez to tam także potrzebna jest pomoc Polaka.

Jeśli chodzi o Polaków, nad Gardą od 2015 roku jest ich coraz więcej. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, ich liczba od tego czasu jest trzy razy większa. Choć nie ma tam ośrodka narciarskiego jak w Val di Sole, to widać, że w większości przyjeżdżają tam turyści, którzy także chcą spędzać czas aktywnie.

W końcu królują tam sporty wodne, trekking w górach...

Tak, ale w szczególności ludzie stawiają na rowery. Teraz ten region inwestuje przede wszystkim w ścieżki rowerowe. Na ukończenie ciągle czeka trasa Riva del Garda do Limone, gdzie brakuje kilku kilometrów. Dość długo trwa ta budowa, bo pojawiło się kilka problemów m.in. interwencje ekologów, którym nie podobają się np. konstrukcje przyczepione do skał. Są też problemy z finansowaniem, bo odcinki łączą miejsca podlegające pod różne regiony. Myślę, że mimo wszystko niedługo turyści zyskają w pełni ukończoną atrakcję. W tym roku oddano do dyspozycji ścieżkę z Torbole do Riva del Garda i też jest bardzo ciekawa. Oferuje piękne widoki na jezioro.

Nad Gardą

Czym w pana odczuciu różni się praca w obu tych miejscach – Val di Sole i nad Gardą?

Na pewno jest inaczej jeśli chodzi o kwestię intensywności, bo urazy narciarskie są poważniejsze. W Val di Sole częściej są wykonywane jakieś operacje. Nad Gardą zazwyczaj są to urazy spowodowane jazdą na rowerze, czyli np. przewrotką, trzeba kogoś opatrzyć, czasami jest jakieś złamanie. Jeśli chodzi o wodę, to Garda ma to do siebie, że jest tam dużo kamieni, plaże są kamieniste, dno jeziora śliskie i to sprzyja wypadkom.

W tym sezonie często przychodzili do nas pacjenci, którzy właśnie upadli na kamieniach, dochodziło do skaleczeń, złamań czy innych podobnych sytuacji. Z tego powodu polecam tam wszystkim buty do pływania, obowiązkowo!

Praca w klinice blisko ośrodka narciarskiego jest na pewno bardziej męcząca. W sezonie letnim zdecydowanie było spokojniej i łatwiej. W górach klinika ma aż sześć placówek, a nad Gardą na razie wystarcza jedna.

Praca w Val di Sole

Są jakieś kontuzje, które przytrafiają się szczególnie często, albo takie konkretne punkty, pechowe miejsca, w których do takich dochodzi?

Nad Gardą najwięcej było właśnie tych rowerowych wypadków. Często, gdy pytamy w klinice, o to co się stało słyszymy, że ktoś nie wyrobił się na zakręcie, zjeżdżając z góry. Wystarczył piasek na nawierzchni, aby doszło do utraty równowagi. Na drugim miejscu były wypadki w wodzie, np. podczas windsurfingu.

Było też kilka incydentów związanych ze wspinaczką – zdarzały się zwichnięcia i złamania. Poza tym dużo ludzi dzwoni do nas po prostu w zwykłych przypadkach złego samopoczucia, bo raz lub dwa razy w tygodniu mamy na dyżurze lekarza internistę. Są to przypadki, kiedy np. chorowały dzieci, jakieś zapalenia ucha, gorączki i tym podobne.

Jeśli mowa o pechowych miejscach, nie wiem, czy można powiedzieć, że jakiś punkt szczególnie się wyróżnia. Nie zauważyłem tego. Na pewno widać w statystykach, że wraz ze wzrostem turystów tych wypadków też jest coraz więcej. Ścieżki rowerowe są bezpieczne, choć wiele z nich ma właśnie przewyższenia. Słyszałem o ścieżce rowerowej z Lago di Ledro, która ma kilka lat i jeden pacjent mówił, że nie jest do końca taka, jak powinna. W większości przypadków można jednak liczyć na barierki, linie, oznaczenia i wszystko jest na dobrym poziomie.

Praca nad Gardą

Czy wypadki i urazy wynikają czasami z tego, że turyści nie przestrzegają jakichś zasad? Zakładam, że przy aktywnej formie spędzania czasu, wiele sytuacji jest losowych, ale czasem mówi się też, że ktoś sam naraża siebie na niebezpieczeństwo, bo zachowuje się w nieodpowiedni sposób.

Wydaje mi się, że polscy turyści we Włoszech są dosyć świadomi. Z tego, co widziałam nad Gardą, wszyscy ubierają się w odpowiedni sposób, w kaski, typowo rowerowe stroje i tak dalej. Myślę, że większość zdarzeń, to po prostu kwestia przypadku. Na szlakach rowerowych są dość duże wzniesienia, więc to sprzyja incydentom.

Podczas zjeżdżania ze wzniesień, zawsze może się coś wydarzyć. Myślę, że nad Gardę przyjeżdża jednak pewna specyficzna grupa świadomych turystów, choć zawsze są jakieś wyjątki.

W Val di Sole z wypadkami jest podobnie, bo turyści mają do dyspozycji około 160 km tras narciarskich, które też sprzyjają kontuzjom. Są one jednak nieco inne, a 90 proc. wszystkich przypadków to są urazy. Na nartach zdarzają się zerwane wiązadła, a u snowboardzistów np. złamane nadgarstki czy żebra.

Nowa ścieżka rowerowa w pobliżu Jeziora Garda

Dobrze słyszeć, że zachowanie Polaków i w ogóle turystów jest tak dobrze oceniane.

Ogólnie jeśli chodzi o Polaków, to odbiór jest pozytywny. Mamy tutaj bardzo dobry wizerunek. Widzę, że to się zmieniło na lepsze, bo gdy pierwszy raz przyjechałem do Włoch w 1999 roku, to było zupełnie inaczej. Nie znano nas prawie wcale. Porównując to do tego, jak jest teraz, to naprawdę ogromna przepaść.

W pracy z Włochami też czuje się bardzo dobrze, a atmosfera jest partnerska i rodzinna. Często pytają mnie o naszą gospodarkę, zastanawiają się, co się wydarzyło, że do Val di Sole przyjeżdża nas teraz tak dużo.

Kelnerzy w restauracjach zaczepiają Polaków i fenomenem jest, że Włosi potrafią powiedzieć kilka słów po polsku. To naprawdę może być pozytywne zaskoczenie. Wszyscy patrzą na nasz kraj bardzo pozytywnie. Myślę, że Val di Sole bez Polaków nie byłoby takim samym miejscem.

Jesteśmy dobrymi klientami, którzy zostawiają pieniądze, lubią się bawić i raczej nie są skąpi. Nad Gardą jeszcze nie dominujemy tak bardzo, ale też zmierza to w podobnym kierunku.

Val di Sole. Daniel w pracy

Czyli turystów z polski w Val di Sole jest najwięcej. A kto jest za nami?

Aktualnie poza Polakami dużo jest Czechów i Bułgarów. Cały czas są też oczywiście Włosi. Jeśli chodzi o Niemców, ci są tutaj w mniejszości, bo podejrzewam, że na narty wolą jednak pojechać do Austrii, gdzie mogą porozumieć się we własnym języku.

A jeśli mowa o Gardzie, gdzie Polacy jeszcze nie są najliczniejszą grupą turystyczną?

W tym regionie z kolei to Niemcy dominują, tak jest od zawsze. Myślę jednak, że powoli ich doganiamy i podejrzewam, że w przyszłości wiele może się zmienić. Jeśli chodzi o Włochów, ci przyjeżdżają cały czas, choć najliczniej w weekendy, kiedy mogą wykorzystać wolne dni na wypoczynek.

Nie bez powodu Garda zyskuje na popularności. Jest miejscem wyjątkowym, a jej północna część szczególnie się wyróżnia na tle pozostałej. To tam krajobrazy górskie są dominujące. Ponadto prowincja Trentino funkcjonuje autonomicznie, dzięki czemu ma swój budżet, dobrze się rozwija i jest to zauważalne. Widać to m.in. w kwestii infrastruktury czy parków publicznych.

Z tego, co wiem, w sezonie letnim nie był pan jedynym Polakiem pracującym w Alp Trauma Clinic nad Gardą. To też dowód na to, że osoby z naszego kraju są tam w pracy potrzebne, bo i turystów z naszego kraju jest więcej.

Tak nad Gardą poza mną jest jeszcze pan Ryszard pielęgniarz z długim doświadczeniem. On pracuje w dużej mierze na miejscu, a ja właśnie w terenie, staram się też poznawać turystów, grupy zorganizowane i docierać do różnych osób. Wciąż wiele z nich nie zdaje sobie sprawy, że mając ubezpieczenie, mogą skorzystać z takiej kliniki z polską załogą i zupełnie bezpłatnie. W Val di Sole też jest u nas jeszcze jedna osoba z Polski.

Polscy pracownicy w klinice

Ze świadomością turystów na temat ubezpieczeń różnie bywa.

Tak, wciąż ktoś się zaskakuje. U nas koszty wizyty rozliczane są z ubezpieczycielami, czyli jeśli pacjenci mają polisę, nie muszą się niczym martwić. Turyści mimo to udają się czasem do placówki publicznej, gdzie są duże kolejki, a na zszycie rany czeka się około czterech godzin. Można tego uniknąć i często wystarczy właśnie jeden telefon do mnie. Pomagam dotrzeć do tej obsługi medycznej. Ubezpieczenie medyczne wcale nie działa tylko w ekstremalnych sytuacjach, ale też przy zwykłych stłuczeniach czy wypadkach.

Ponadto polskie ubezpieczenia działają szczególnie dobrze, bo opłaty rozliczane są z ubezpieczycielem dopiero po wizycie w placówce medycznej. Pacjenci nie płacą u nas także za transport do kliniki. W przypadku groźnych wypadków można liczyć m.in. na zorganizowany transport do Polski. Dla porównania Niemcy często mają tak, że wykładają pieniądze z własnej kieszeni, a dopiero później czekają na zwrot pieniędzy z polisy.

Uważam, że jadąc do Val di Sole ubezpieczenie prywatne jest niezbędne. To jest miejsce, gdzie turyści narażeni są na kontuzje znacznie częściej niż podczas zwykłego zwiedzania. Nad Gardą jest podobnie, choć w tym przypadku zależy, czy stawiamy na sporty czy jednak spokojny wypoczynek.

Pamięta pan przypadek, dzięki, któremu udało się uniknąć dużych kosztów, bo ubezpieczenie i klinika zadziałały?

Jeden z kolegów do teraz jest mi wdzięczny, że namówiłem go do ubezpieczenia, bo dzięki temu po wypadku na snowboardzie mógł liczyć u nas na operację, która kosztowała 20 tys. euro.

Podsumowując, co powinniśmy najpierw zrobić, jeśli jesteśmy we Włoszech nad Gardą lub w Val di Sole i coś nam się przytrafia?

Jeśli mamy najczęstsze i najbardziej popularne polskie ubezpieczenia typu PZU czy AXA, to obejmują one większość zwykłych przypadków. Wystarczy jeden telefon z krótkim wytłumaczeniem, co się wydarzyło. Następnie my wszystko załatwimy. Jeśli będą potrzebne badania czy zabiegi, to zorganizujemy je na miejscu. Jeśli chodzi o złe samopoczucie, też można umówić się z internistą, który zrealizuje zwykłą wizytę umówioną na daną godzinę.

I wtedy nie wystarczy bezpłatna karta EKUZ.

Z nią możemy skorzystać tylko z państwowego włoskiego systemu. Trzeba po prostu liczyć się z kolejkami i utrudnionym kontaktem.

A dużo osób z kontuzjami trafia do was każdego dnia? Pewnie w sezonie zimowym i letnim jest inaczej.

W przypadku Val di Sole w szczycie sezonu codziennie jest to od 10 do 20 pacjentów z Polski w jednej klinice, a jest ich tam kilka. Do tego dochodzą właśnie osoby z jakimiś przeziębieniami i wymagające kontaktu z internistą. Wśród pacjentów są nie tylko Polacy, ale też osoby z innych krajów. Jeśli o Gardę, jest to ok. 50 proc. pacjentów. Dziennie trafiały ok. 2-3 osoby z Polski.

Już niedługo ponownie pojedzie pan do Val di Sole. Czego spodziewa się pan w tym sezonie zimowym?

Myślę, że dużo pracy – jest to zwykle 10 godzin dziennie. Odbierania telefonów, jeżdżenia w terenie i poznawania ludzi. Spodziewam się jeszcze więcej kontaktów i pacjentów zadowolonych z obsługi. Na miejscu nawiązują się różne przyjaźnie, wielu ludzi przyjeżdża co roku, więc mamy okazję spotkać się ponownie i porozmawiać. Myślę, że będzie się dużo działo. Na koniec sezonu organizowane są tam imprezy w tym polskie. Na zakończenie poprzedniego byli Feel i Mezo, a na koncercie bawiło się około 3 tys. osób.

Daniel w Val di Sole

Czasami Polakom wyjeżdżającym za granicę przeszkadza to, jak jest za dużo rodaków i raczej chcą siebie unikać. Rozumiem, że tam jest inaczej?

Tak, myślę, że tu przyjeżdża jednak nieco inny typ klienta. Nie są to też wyjazdy niskobudżetowe. Panuje świetna i życzliwa atmosfera. Myślę, że gdyby chodziło o wakacje typu all inclusive w Egipcie, to mogłoby tak być, to jest nieco inny klimat. Zauważam też wiele znanych osób z Polski, którzy przyjeżdżają na narty, a czasem też trafiają do kliniki. Ludzie są fajni i dobrze się ze sobą dogadują.

Czytaj też:
Polski turysta to hojny turysta. Tyle wydajemy w Hiszpanii
Czytaj też:
Włosi uwielbiają tę alternatywę dla Como. Tutaj nie będzie tłumów

Źródło: Wprost