Polka zbudowała dom w tanzańskiej wiosce. „Ruszyłam w podróż z Masajem, którego znałam zaledwie kilka dni”

Dodano:
Polka w Tanzanii Źródło: Archiwum prywatne / Renata Madziara
Wszystko zaczęło się od wakacji na Zanzibarze. Renata pomogła kupić krowy Masajom i tak stała się częścią społeczności od lat żyjącej w buszu.

Renata pół roku spędza w Polsce, a pół w niewielkiej wiosce w Tanzanii. Jednak od luksusowych wakacji na Zanzibarze woli masajską lepiankę. Na spotkanie ze mną przyszła chwilę po wizycie w szkole podstawowej na Warmii i Mazurach, gdzie opowiadała dzieciom o życiu w Afryce. To tylko krótki pobyt w naszym kraju, bo święta Bożego Narodzenia spędzi już u swojej „drugiej rodziny” w Lesoit. Na spotkaniu maluchy dowiedziały się, że w masajskiej bomie nie ma wody z kranu, a dzieci często zamiast chodzić do szkoły, pracują. Życie wśród Masajów to ciągła nauka – przede wszystkim tego, że nie wszystko i wszystkich da się zmienić. W tej historii losy Renaty przeplatają się z niezwykłą opowieścią o Nyangu i jego rodzinie. Chociaż wiele rzeczy robimy inaczej, jesteśmy do siebie bardzo podobni.

Alicja Miłosz, Wprost.pl: Muszę usłyszeć tę historię od początku. Jak to się stało, że znalazłaś się w niewielkiej tanzańskiej wiosce pośrodku niczego, w której wiele miesięcy później wybudowałaś dom?

Renata Madziara, na facebookowym profilu „Polka wśród Masajów” dzieli się codziennym życiem w wiosce: Wszystko zaczęło się od wycieczki na Zanzibar. Pandemia spowodowała, że nie wszędzie można było podróżować, a ta wyspa była miejscem, gdzie mogłyśmy z koleżanką polecieć bez paszportów covidowych. Z dnia na dzień kupiłyśmy bilety po to, by skorzystać z plaży i słońca, jednak bardzo szybko poczułam potrzebę, żeby zobaczyć prawdziwe życie na wyspie i potrzebowałam kogoś, kto mi je pokaże. Wiedziałam, że jeżeli będę jechała w towarzystwie lokalsa, który zna język suahili, to na pewno zwiedzanie będzie dużo ciekawsze i bezpieczniejsze.

Wtedy na drodze stanął polecony mi Nyangu – Masaj, z którym zaczęłam jeździć po różnych częściach wyspy. Poznałam jego historię rodzinną – chłopak kilka lat wcześniej stracił ojca i zgodnie z tradycją musiał zaopiekować się mamą i rodzeństwem. Dopiero trzy lata temu dowiedział się, że jest Tanzańczykiem. Wcześniej nie istniał dla państwa, bo nie miał nadanego numeru NIDA (odpowiednik numeru PESEL). Języka angielskiego nauczył się dopiero na wyspie, nigdy nie był w szkole, nie pisał i nie czytał. Jego rodzina posiadała naprawdę skromny majątek w liczbie siedmiu krów i była na skraju śmierci głodowej. Dziś z moją wiedzą mogę oszacować, że miesięcznie masajska rodzina powinna sprzedać dwie krowy, żeby spokojnie przeżyć. W buszu nie ma tak naprawdę żadnych innych możliwości zarobkowania. To zmusiło go do wyjazdu na Zanzibar.

Kiedy usłyszałam tę historię, wymyśliłyśmy wraz z koleżanką internetową akcję „krowy dla Masajów”, którą szybko rozpromowałam na swoim Facebooku. Sfotografowałam wszystkie bransoletki i naszyjniki, które miał do sprzedaży, a moi polscy znajomi je kupili. W ten sposób w krótkim czasie udało nam się zarobić prawie 10 tysięcy złotych, czyli 5 milionów szylingów. Przekazanie tych pieniędzy było jednak o wiele trudniejsze. Po pierwsze, Nyangu najchętniej ze wszystkimi by się podzielił. Po drugie, istniało ryzyko, że tutejsza policja zabierze mu te pieniądze. Masajowie są bardzo źle traktowani przez służby, przeganiani, okradani i poniżani, a w hotelach, w których pracują – wykorzystywani. Zarabiają tu pomiędzy 75 a 130 dolarów miesięcznie. Jak w dzisiejszych czasach nawet w taniej Tanzanii (która wbrew pozorom wcale tania nie jest) można utrzymać 10-osobową rodzinę za 130 dolarów? Tak duże pieniądze jak 5 milionów wzbudziłyby podejrzenie.

Podjęłam decyzję, że w takim razie pojedziemy na ląd kupować krowy (śmiech). Z dnia na dzień ruszyłam w podróż w nieznane z Masajem, którego znałam zaledwie kilka dni. Przeprawa z Dar es Salaam do Lesoit zajęła ponad 13 godzin, a największe wrażenie zrobiło na mnie pokonanie ostatniego odcinka drogi nocą na motorze. Wtedy po raz pierwszy weszłam do masajskiej chaty i, jak się potem okazało, już w niej zostałam (śmiech).

Jak wyglądał ten pobyt? Udało się kupić krowy?

Mój pierwszy pobyt w Lesoit trwał tydzień i tak, ostatniego dnia za zarobione pieniądze kupiliśmy rzeczone krowy. Siedem dla rodziny Nyangu, siedem dla innego Masaja. Ta rodzina nie wiedziała na początku, że cokolwiek ode mnie dostaną. Nie byłam w ogóle przygotowana na wizytę, więc nie wzięłam ze sobą żadnych prezentów i to oni dzielili się ze mną wszystkim, co mieli, ani razu nie pytając o pieniądze. Kiedy na koniec mojej wizyty otrzymali krowy, widziałam w ich oczach niedowierzanie i niesamowitą radość.

Masajski dom jest wyjątkowy. To lepianka z paleniskiem bez okien, gdzie na małej powierzchni współistnieje wiele pokoleń, gdzie są bliskie relacje z sąsiadami. To było dla mnie tak niezwykłe doświadczenie, że po powrocie do Polski nie mogłam o nim zapomnieć. Tak bardzo tęskniłam za Lesoit, że szybko kupiłam kolejny bilet lotniczy do Tanzanii.

Podczas tych pobytów jako „turystka” spędziłam tam naprawdę cudowny czas, który pozwolił mi popatrzeć na siebie inaczej, usłyszeć skrywane emocje, bez żadnych zakłóceń z zewnątrz, masajski dom w buszu daje niesamowitą możliwość odseparowania się od tych wszystkich bodźców, które nas atakują w naszym zachodnim świecie. Mimo bariery językowej nie czułam się tam samotna. To był zwrotny moment w moim życiu.

Wtedy mama Nyangu zaproponowała, że wybuduje mi tu dom. Zgodnie z masajską tradycją to kobieta zajmuje się wszystkim tym, co w domu i wokół niego. To ona przynosi drzewo, ona pali ognisko, gotuje, pierze, chodzi po wodę. Do jej obowiązków należy też budowa. Mężczyzna kompletnie nie ma pojęcia, jak to zrobić, jest bardzo bezradny, jak mu się cokolwiek zepsuje, bo wszystkie rzeczy techniczne robią tam kobiety. Nie chciałam, żeby starsza pani stawiała mi dom, więc zaproponowałam, że zatrudnię do tego fachowców, na co przystała. Chciałam mieć to swoje miejsce jednak bardziej przystosowane do pracy zdalnej i warunków, do których byłam przyzwyczajona. Oczywiście nie chciałam budować pałacu na tle ich prostych domków, ale potrzebowałam „udogodnień” w postaci podłogi, rynny zbierającej wodę, toalety czy kuchenki gazowej zamiast paleniska.

Tanzański dom Renaty

To dla mnie niezwykłe, jak w niedługim zaskarbiłaś sobie serca tej społeczności. Czy zdobycie ich zaufania było trudne?

My z Nyangu bardzo szybko złapaliśmy fajny kontakt. W wielu momentach byliśmy zaskoczeni, ile mamy podobieństw i wspólnych przemyśleń, pomimo tego, że tak dużo nas dzieli. To bardzo dobry człowiek i przyjaciel, który oprowadza mnie po tym buszu i pokazuje masajską kulturę, która w wielu przypadkach jest dla kogoś z zewnątrz bardzo abstrakcyjna.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do wioski, jego mama złapała mnie za rękę i wprowadziła do domu. Potraktowała mnie jak swoją, jakby całe życie mnie znała. Od początku dostałam od nich duży kredyt zaufania i nie musiałam specjalnie na niego pracować. Ja też byłam na nich otwarta, dopuszczałam myśl, że oni wiele rzeczy mogą robić inaczej niż ja. Nie miałam w sobie takiego podejścia, że jak ich będę czegoś uczyć, będę ich zmieniać. Pamiętam, jak wzruszyło mnie pierwsze zdanie Nyangu po powrocie z Zanzibaru. Usiadł w tej lepiance i powiedział z ulgą: „I missed home”. O tym prostym domu, w którym panują tak skrajne warunki, on mówił z taką pasją, miłością i wdzięcznością. On na Zanzibarze czuł ogromną pustkę, tęsknił za wioską, za wspólnotą. Jest bardzo zżyty z buszem. Na wyspę pojechał do pracy, nie szukał rozrywek. Spał w buszu, miał na sobie tylko jedno ubranie. Z biletem w jedną stronę i bez pieniędzy, bez możliwości szybkiego powrotu do domu.

Czy na miejscu udało ci się nawiązać przyjaźnie? Poznałaś problemy mieszkających tam kobiet, zwierzały ci się z codziennych problemów?

Przez ostatnie dwa lata mieszkałam w Lesoit 11 miesięcy. Bardzo dużo czasu spędziłam sama z kobietami bez towarzystwa Nyangu, który pełnił tam rolę mojego tłumacza, bo jest jedyną osobą, która zna angielski. One znają tylko język masajski, a ja dopiero uczę się suahili i maa. Komunikacja między nami, która odbywała się na początku tylko za pośrednictwem mojego przyjaciela, była utrudniona, bo przy mężczyźnie nie o wszystkim się rozmawia. Tematy tabu, jak chociażby kwestia miesiączki, w ogóle nie wchodziły w grę. Same Masajki też są bardzo wstydliwe i przy niektórych pytaniach mogą po prostu odwrócić wzrok i uciec. Kiedy Nyangu pracował z krowami, my wypracowałyśmy jakiś rodzaj języka łączącego odrobinę angielskiego, suahili i maa.

Byłyśmy w stanie porozmawiać na temat trudnych rzeczy. Na przykład, gdy jedna z nich została brutalnie pobita w buszu przez napastników, a ja pomagałam jej te rany wygoić. Problemem kobiet są też decyzje finansowe, na które nie mają wpływu. Nie mają żadnych pieniędzy i są pod tym względem ubezwłasnowolnione, a ich zakupy zależą od woli ojca, brata czy męża. Zawsze jestem bardzo wzruszona, kiedy wracają z targu i coś mi przynoszą w prezencie, bardzo często też przychodzą do mnie do domu na herbatę czy zupę. Przyglądają się temu, jak szyję ręcznie czy wykonuję różne czynności w domu, których one nie znają. Towarzyszą mi również w trudnych chwilach, bo też zdarza mi się tam popłakać, być bezradną czy zmęczoną. One w bardzo subtelny sposób potrafią przekierować moją uwagę na radość życia. W ich oczach, w dotyku jest tak wiele emocji, że czasami nie trzeba słów i znajomości języka, żeby wyrazić swoje słowa. Naprawdę mogę powiedzieć, że mam tutaj siostry, mamę, i babcię.

Jak bardzo ta rodzina zmieniła się pod twoim wpływem?

Na pewno przez te dwa lata zobaczyli, że można żyć trochę inaczej. Za każdym razem, jak przyjeżdżam, to zabieram ze sobą ubrania, koce, wspieram te dzieciaki w edukacji. Pojawiły się krowy (obecnie jest ich około 40), pojawiły się też osoby, które do mnie przyjechały w gości, a które Masajom za użyczenie łóżek i ugotowanie ugali (popularny w Tanzanii posiłek przygotowany z kukurydzy lub mąki kukurydzianej, jako jeden z niewielu produktów spożywczych wpisany na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO – przyp. red.) zapłacili, co pozwoliło im zarobić swoje pierwsze pieniądze w turystyce. Za każdym razem, jak tam jestem, to nie daję im pieniędzy za nic. Dostali narzędzia do tego, aby mogli sami o siebie zadbać.

Wyszli też z inicjatywą założenia sklepu z jedzeniem i akcesoriami do domu w jednym z budynków gospodarczych. Marzą o nim, bo pomógłby zarobić kolejne pieniądze. Oczywiście muszę włożyć środki w ten sklep, ale oni będą mi je, w miarę rozwoju biznesu, sukcesywnie oddawać. Pomoc przez danie wędki? Dlaczego nie.

Wylatujesz do Tanzanii ponownie tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Jak Masajowie obchodzą się ze swoją wiarą?

Masajowie są chrześcijanami, ale konkretne wyznanie zależy od tego, którzy z misjonarzy pojawili się w danej wiosce jako pierwsi (śmiech). Część z nich jest katolikami, część luteranami, część przynależy do różnych kościołów baptystycznych, są też anglikanie. Dla nich chodzenie do kościoła na Wielkanoc czy Boże Narodzenie jest oczywiście bardzo ważne, ale zachowali przy tym sporo własnych tradycji. Mężczyźni do budynku liturgii rzadko chodzą, tylko gromadzą się wokół. Najbardziej czekają na moment wspólnego jedzenia oraz masajskie śpiewy i tańce. Z jednej strony są chrześcijanami, ale nadal akceptują wielożeństwo. Śluby czy pogrzeby odbywają się poza kościołem w tradycji masajskiej. Kościół absolutnie nie był w stanie ich zmienić, ani zachęcić do tego, żeby robić to inaczej. Bardzo często po nabożeństwie spotykają się w buszu i mają swoje oddzielne ceremonie, podczas których czasami składają ofiary ze zwierząt.

Co jesz na co dzień? Przemycasz do wioski swoje produkty, czy jesteś zdana tylko i wyłącznie na to, co oni przygotowują?

Nie mam tam lodówki, więc nie przemycam z Polski jedzenia na później. Nigdy nie przywiozłam kabanosa (śmiech). Jak zaczynam mieszkać w Afryce, przechodzę na jedzenie tanzańskie. Kiedy byłam ich gościem, byłam skazana na to, co ugotują Masajki i zwykle było to ugali z odrobiną warzyw. Kiedy kupiłam kuchenkę gazową, to mogłam sobie pozwolić, aby gotować warzywa, w sposób, który znam – na przykład przyrządzać zupy. Masajki w mojej bomie tego nie robią. Nie kupują marchewki, chociaż mają ją na targu, nie stosują papryki. Ich dieta opierała się o kilka warzyw, więc ja musiałam ją sobie rozszerzyć. Nie ma tam pieczywa, nie ma nabiału – Masajowie nie przetwarzają mleka i nie potrafią robić serów. Jest to dieta bardzo specyficzna, zawierająca bardzo małą ilość tłuszczu i bardzo małą ilość białka niepochodzącego z mięsa.

Masajowie prowadzą koczowniczy tryb życia. Czy to nie sprawi kiedyś, że zostawią Lesoit, gdzie zdążyłaś już wybudować dom, aby przenieść się gdzieś indziej? Obawiasz się tego?

Masajowie przenoszenie się mają we krwi i w przeszłości decyzja o tym, że zostawiają teren, burzą domy, pakują niewielki dobytek na kilka osiołków i szukają nowego miejsca, padała co kilka lat. To się bardzo zaczęło zmieniać i teraz takie przeprowadzki już praktycznie przestały występować – przynajmniej na terenie, na którym ja jestem. Rodzina Nyangu jest tu już od kilkunastu lat. Powodów, dla których przemieszczenie się jest trudniejsze, jest kilka. W Tanzanii utworzono wiele nowych parków narodowych, które odebrały im ziemię. Urbanizacja i rozwijające się rolnictwo również mają na to wpływ. Dlatego nie obawiam się tego, że ta rodzina się przeprowadzi, bo tak naprawdę nie mają dokąd. Istnieje duże ryzyko, że jeśli opuszczą to miejsce, nie znajdą już tak dużego i ładnego terenu. To pokolenie zaczyna zatracać kilkutysięczną tradycję koczownictwa. Mama Nyangu wciąż tę potrzebę przemieszczania się czuje. Starsza kobieta, która urodziła ósemkę dzieci i ciężko pracuje w buszu, jest tak mocno związana z tradycją, że wciąż chciałaby zburzyć aktualny dom, chociaż jak najbardziej nadaje się do użytku, i postawić nowy, choćby kilkadziesiąt metrów dalej.

Nawet jeżeli ten dom z jakichś przyczyn bym opuściła, to nie mam żadnego poczucia straty, bo to jest tylko narzędzie do funkcjonowania. Tanzania nauczyła mnie, że posiadanie rzeczy może być tylko chwilowe. Koszty, które poniosłam są niższe od zakupu kilkutygodniowych wczasów all inclusive w atrakcyjnym miejscu. Śmieję się, że ten dom trzyma się na słowo honoru, a polscy kierownicy budowy po zobaczeniu go dostaliby zawału na miejscu. Za 40-metrowy dom z wyposażeniem, w którym mam sypialnię, pokój dzienny, kuchnię i łazienkę zapłaciłam około 25 tysięcy polskich złotych. To takie pieniądze, które nie są obarczone wielkim ryzykiem. Absolutnie nie potrzebowałam też żadnych oficjalnych pozwoleń. Nie było żadnego projektu, wszystko jest tu budowane na oko.

Czy jest tam zasięg? Skoro pracujesz zdalnie, musisz być połączona z siecią.

Na miejscu kupuje się kartę sim, na której można doładować internet. 24 gigabajty kosztują 50 tysięcy szylingów, czyli w granicach 79 złotych. Zasięg jest bardzo dobry, można spokojnie pracować, funkcjonować. Oczywiście nie ma energii elektrycznej, bo nie ma linii energetycznej. Ja mam solar i baterię, mogę więc spokojnie sobie sprzęt na bieżąco ładować.

Czy Masajowie boją się trochę tej zachodniej cywilizacji, czy raczej starają się do niej dostosować?

Oni naszej cywilizacji nie rozumieją. Ci ludzie w większości nie piszą i nie czytają, a świat znają z małego targu, gdzie kupują rzeczy bez wagi, na sztuki. Kiedy jadą do miasta takiego jak Dar es Salaam, są przerażeni, bo pierwszy raz w życiu widzą czarną drogę, piętrowe domy i nieznane produkty spożywcze. Jeżeli już zapragną dóbr cywilizacji, to są w pułapce. Dzieci, które chodzą do szkoły i w podręczniku zobaczyły telewizor, potem marzą o nim, ale prawdopodobnie nigdy go nie kupią.

Nam ciężko zrozumieć, że oni często nie wiedzą, że ziemia jest okrągła, albo że krąży wokół słońca. Nie rozumieją, dlaczego księżyc pojawia się z różnych stron, raz jest mniejszy, a innym razem większy. Oczywiście mają bardzo dużo pięknych historii, które starają się to wytłumaczyć w taki legendarny, mityczny sposób. Pamiętam, jak była u naszych sąsiadów dziewczyna ze Szwajcarii, wykształcona, mówiąca świetnie w języku angielskim, którego Masaj uczył się przecież na plaży. Ona siedzi w tej lepiance, rozgląda się i mówi: „Oni tu żyją jak w średniowieczu". Powiedziałam jej, że on nie wie, co to jest średniowiecze. Dla niej to było uderzające, że można tego nie wiedzieć. Można. Masajowie znają to, co widzieli, czego dotknęli. Z telefonów nie korzystają, a jeśli je mają, to posiadają prosty, tani sprzęt z dobrą baterią. Kiedy wybierają numer, często robią to na chybił trafił, dzwonią po kolei do wszystkich, aż dodzwonią się tam, gdzie chcieli lub zapamiętują, jak wygląda „szlaczek” ciągu liczb.

Nawet jeżeli mają telefon dotykowy z Internetem, to nie mają naturalnej umiejętności wyszukiwania informacji i zadawania pytań. Zwróćmy uwagę na to, że Masajowie od tysięcy lat nie stworzyli swojego pisma, nie zapisują swoich historii. To jest tylko przekaz ustny. Żyją w lepiankach: bez okien, z paleniskiem w środku. Inne rdzenne ludy na świecie starały się poprawić swój los, rozwijając astronomię, medycynę czy architekturę. Obecni Masajowie robią dokładnie to samo, co robił ich dziadek sto lat temu. Oczywiście niektóre rzeczy się trochę zmieniły. Nie chodzą już ubrani w skóry, tylko w zwykłą odzież z materiału. Nie żywią się już tylko krowim mięsem i krwią, tylko zaczęli kilkadziesiąt lat temu jeść kukurydzę. Potrzebne okazało się kupienie garnków, których wcześniej też nie znali, a ostatni lokalny zakupowy hit to parasolka. Kiedyś nie potrzebowali pieniędzy, teraz szukają sposobów, żeby je zdobyć. Globalna cywilizacja przyniosła im też złe rzeczy – na przykład cukier.

A co Masajowie robią zdecydowanie lepiej od nas, w czym są mistrzami?

Gdybyśmy trafili do buszu, to na pewno byśmy nie przetrwali. Dużo lepiej sobie radzą z emocjami, dzięki temu, że żyją w dużych grupach i są ze sobą blisko. Robią wiele rzeczy innych, takich, których my nie robimy. Skaczą, gwiżdżą, robią sobie różne plecionki, rozpalają ogień. To są takie umiejętności, których my już nie mamy.

Jaki był twój najtrudniejszy moment? Które z elementów życia w tanzańskiej wiosce najchętniej byś wyrzuciła?

Nie potrafię dawać łapówek, a niestety w Tanzanii, jak się chce coś załatwić, to trzeba operować w takim systemie łapówkarskim – zawsze bardzo się temu opieram, ale czasami po prostu jestem do tego przymuszona, na przykład na drodze – jeśli nie zapłacę policjantowi, to dalej nie pojadę. Bardzo trudno jest mi się też pogodzić z bylejakością w wykonywaniu prac budowlanych. Kiedy podaję wymiar ramy łóżka, żeby pasowała do wybranego materaca, a w zamian dostaję koślawiznę, która jest dużo mniejsza i nie mogę nic z tym zrobić, a jeszcze mam za to zapłacić, to czuję bezsilność. Jeśli fachowiec przychodzi coś naprawić i bardziej to psuje, a w odpowiedzi na zarzuty słyszę: „This is Afryka”, to jestem wściekła. To, że jesteś biedny i mieszkasz w takim miejscu wcale nie oznacza, że masz wykonywać fuszerkę. W swoją pracę, nawet przy pomocy jedynie skromnych narzędzi, można włożyć odrobinę staranności.

Trzecia rzecz, która sprawia, że czuję się bezradna, jest naszą winą. Dzięki białym ludziom do ich domów trafił biały cukier, który teraz spożywają w bardzo dużych ilościach. Masajowie, tak jak Polacy w latach dwudziestych ubiegłego wieku uważają, że cukier krzepi – a potem umierają na cukrzycę. Bardzo młodzi ludzie mają rozwalone zęby i gospodarkę hormonalną. Kiedy choruje dwudziestoletnia Masajka, to pojawia się we mnie olbrzymia złość i bezradność, bo nawet jeżeli pójdzie do lekarza i ta cukrzyca zostanie w ostatnim stadium rozpoznana, to ona nie zmieni swojej diety. Nie ma możliwości, żeby mierzyć poziom cukru. Gdzie trzymać insulinę, jeżeli nie ma się w domu lodówki? Wiem, że w świecie zachodnim ta kobieta mogłaby normalnie żyć, tutaj po prostu umiera. Mijam dziewczyny z ropiejącymi zębami, częściowo wyrwanymi samodzielnie. W tym momencie szukam ludzi, którzy mogliby tu przyjechać i chociaż im te zęby na miejscu bezpiecznie pousuwać.

Jak to się dzieje, że ci ludzie zostają bez pomocy, a państwo nie wie o ich istnieniu?

To jest bardzo biedny kraj, który obecny kształt uzyskał w latach 70. XX wieku, w przeszłości podobnie jak Zanzibar był jedną z kolonii korony brytyjskiej (do I wojny światowej Tanganika była zamorskim terytorium Cesarstwa Niemieckiego – przyp.red.). Nie ma tu prawie w ogóle infrastruktury drogowej, nie ma kolei, dobrego szkolnictwa. Policja nie ma komputerów, szkoły również ich nie posiadają. Niektórzy ludzie nie wiedzą, że są Tanzańczykami, bo nadanie dokumentów NIDA wiąże się z kosztami. Żeby je otrzymać, trzeba pojechać do większego miasta, a Masajki rodzą dzieci w domu, z którego później z dzieckiem już nie wychodzą. Nie przychodzi żaden urzędnik, a i one same nie wybierają się do miasteczka, bo nie wiedzą, po co miałyby dziecko rejestrować. To jest zabawne, bo jeśli zapytamy Masaja na plaży, ile ma dowodów osobistych, to wyciągnie co najmniej kilka – każdy na inne nazwisko i inną datę urodzenia. Nikt nie jest w stanie tych informacji zweryfikować i to powoduje ogromny bałagan.

Jaka panuje tam hierarchia? Musiałaś mocno dostosowywać się do panujących zasad?

Kiedy dzieci rano wstają, to muszą się pochylić, przywitać się z każdym – szczególnie ze starszyzną, którą się tu bardzo szanuje. Widać tę hierarchię w rodzinie i w radzie wioski, gdzie każda grupa wiekowa, zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają swojego przedstawiciela. Potem wspólnie podejmują decyzje.

Ja nigdy nie musiałam się specjalnie dostosowywać, zaakceptowano mnie tu taką, jaką jestem. Masajowie wiedzą, że jestem z innego świata, więc nie wymuszano na mnie tradycyjnego stroju. Ja też oczywiście nie mam potrzeby chodzenia przed nimi półnago. Nie biegam w stroju do opalania, chociaż mogłabym i nikt nigdy nie zwróciłby mi uwagi. Czasami śmieją się z moich spodni, przyglądają moim t-shirtom. Nigdy nie powiedziano mi jednak, że coś wypada albo czegoś nie wypada. Raz tylko pamiętam, kiedy w kościele podczas nabożeństwa zostałam delikatnie upomniana przez Nyangu, że pieniędzy na tacę nie rzuca się lewą ręką, tylko prawą (śmiech). Nawet w pobliskim miasteczku Lengatei, gdzie są też muzułmanie, nigdy mi przydarzyło mi się nic przykrego, a bywałam tam w koszulce na ramiączkach czy w krótkich spodenkach. Ja się tu czuję bardzo, bardzo akceptowana i zaopiekowana.

Dzięki twoim opowieściom zamieszkanie w tanzańskiej wiosce wydaje się być dziecinnie proste. Byłam ostatnio na Zanzibarze i cieszę się, że mogę zestawić moje spostrzeżenia na temat tego miejsca z osobą, która o regionie wie zdecydowanie więcej niż ja. Tam resorty rozrastają się w niesamowitym tempie. Czy turystyka w Tanzanii powinna być uprawiana w takiej właśnie formie?

Turystyka rozwija się tam bardzo prężnie, a na dwóch kolejnych wyspach zaczyna już raczkować. Pewnie za niedługo Mafia czy Pemba dogonią popularnością Zanzibar. Mocno rozwinięta jest turystyka wokół największych atrakcji Tanzanii, pod Kilimandżaro, czy w parkach narodowych Ngorongoro i Serengeti. Tam turystów jest dużo i lokalni ludzie żyją zdecydowanie inaczej. Nawet Masajowie są bardziej wyedukowani, chodzą do szkoły, mają kontakt z miastem. To są zupełnie inne perspektywy – pojawia się możliwość dogonienia tej pędzącej cywilizacji.

Masajowie, którzy są głęboko w buszu, w Wielkim Rowie Afrykańskim, żyją zupełnie odcięci od tego, co się dzisiaj dzieje na świecie. Dla nich turystyka to często jedyna szansa jakiegokolwiek zatrudnienia, bo w Tanzanii nie ma rozwiniętego przemysłu. Ludność suahili ma tysiące lat doświadczenia w rolnictwie, Masajowie nie za bardzo potrafią uprawiać ziemię. Przemysł turystyczny jest dla nich ogromną szansą, o ile ta turystyka będzie ukierunkowana na zrozumienie i uszanowanie ich kultury.

Na Zanzibarze ludność masajską zatrudnia się do pracy przy ochronie hoteli. Przez to, że nie są w stanie podpisać żadnej umowy, nie znają się na kelnerce czy gotowaniu, nie wiadomo, co innego mogliby robić. Praca jako ochroniarz w nocy to jest jedyna forma, żeby przetrwać. W ciągu dnia chodzą za kolegami, którzy na wyspie są już dłuższy czas i uczą się angielskiego ze słuchu. Ponieważ na Zanzibar przyjeżdża wielu Włochów, Francuzów, Polaków czy Czechów, możemy sobie wyobrazić, na jakim poziomie jest ten angielski.

To są ludzie, których bardzo łatwo oszukać. Nie mówi się wiele o seksturystyce, której często są ofiarami. Znam Masajów, którzy zostali perfidnie wykorzystani przez młode, białe kobiety z Niderlandów, które chciały zajść w ciążę. Na Zanzibarze polują na Masajów, doprowadzają do stosunku bez zabezpieczeń w wiadomym celu – chcą mieć ładne, „czekoladowe” dziecko. Chłopak leci jak na skrzydłach, bo ma za darmo chwilę przyjemności, a tak naprawdę nieświadomie jest wykorzystywany.

To od nas zależy, w jaki sposób będziemy z wakacji w Tanzanii korzystać. Czy jesteśmy gotowi zapłacić za nowe doświadczenia i uszanować to co zobaczymy? Przeraża mnie też sposób pomagania w Tanzanii. Bardzo często ta pomoc jest realizowana w oparciu o nasze schematy, przekonania i normy. Kiedy trafia do Tanzanii, niekoniecznie jest wykorzystywana w taki sposób, jakbyśmy sobie tego życzyli z różnych przyczyn: nieumiejętności, z niewiedzy, ale też z powodu innych potrzeb. To wywołuje różnego rodzaju niepotrzebne konflikty. „Daję ci coś, więc chcę, żebyś z tego korzystał tylko w ten sposób. Jeżeli korzystasz inaczej, to jesteś niewdzięczny" – nie możemy tak myśleć.

Jak to jest, że w Polsce robimy duże akcje, żeby wybudować szpital czy szkołę w Tanzanii, a bardzo często, zwłaszcza placówki wyznaniowe pobierają tam opłaty? Masaj, który jedzie potem do szpitala zorganizowanego przez kościół, musi za tę opiekę zapłacić. Ja tego nie rozumiem. Jedziemy pomagać, czy jedziemy zarabiać? W Tanzanii brakuje edukacji. Kiedy tu przyjeżdżamy, nie możemy oczekiwać, przynajmniej na ten moment, takiej obsługi i jakości serwisu, który dostalibyśmy na Malediwach. Samym przyjazdem możemy pomóc tym osobom podnieść ich kwalifikacje, nie odbierając im godności.

Czy można ciebie odwiedzić i spróbować życia w tanzańskiej wiosce?

Kiedy jestem w Tanzanii, bardzo dużo podróżuję. Dojeżdżam do miejsc, w których nie ma wielu turystów. Jeżeli ktoś wstrzeli się w mój kalendarz i chciałby nauczyć się też w ten sposób odkrywać kraj, to może do mnie dołączyć. Wtedy zależałoby mi, aby taki turysta pokrył koszty przejazdu dla Nyangu – cenę za jego hotel, wyżywienie, bilety. On świetnie tłumaczy i oprowadza, negocjuje ceny i zapewnia bezpieczeństwo. To dobry przewodnik i radosny towarzysz podróży. Ja podczas takiej wycieczki płacę oczywiście za siebie i nie zarabiam na tym.

Nie prowadzę biura turystycznego i nie będę go prowadziła, bo to nie jest mój cel, ale chciałabym pomóc mojej masajskiej rodzinie, dla której turystyka jest świetną szansą na zarobienie pieniędzy. Jeżeli ktoś chciałby zamieszkać w moim domu, w takich warunkach, jakie tam są, i zaufa Nyangu, który odbierze i odwiezie na lotnisko, pokaże codzienne masajskie życie – jest to możliwe. Do tej pory jednak odwiedzali nas jedynie moi znajomi lub ich dzieci, do których miałam pełne zaufanie, bo wiedziałam, że to nie są ludzie anonimowi i nie jadą tam w złym celu. Nie przyjmę tam każdego, bo nie chcę, żeby trafili tam ludzie, którzy mogliby zrobić krzywdę mojej rodzinie. Chciałabym, żeby w przyszłości Nyangu był na tyle wyszkolony, żeby mógł zająć się na poważnie obsługą specyficznych turystów, którzy są gotowi zamieszkać w tanzańskiej bomie bez bieżącej wody i prądu.

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...