Miasteczka jak z filmu i polski ślad. Tu poznałam Teneryfę poza kurortami
Teneryfę można zwiedzać szybko. Plaża nad oceanem, kilka zdjęć na punkcie widokowym na Teide i powrót. Taki plan pozwala zobaczyć najważniejsze miejsca, ale łatwo wtedy przeoczyć to, co na wyspie najbardziej interesujące.
Bo Teneryfa to nie tylko palmy, ocean i hotele. To miejsce, w którym wystarczy przejechać kilkanaście kilometrów, żeby całkowicie zmienił się krajobraz, pogoda architektura, a nawet atmosfera na ulicach.
Icod de lod Vinos. 800-letnie drzewo i setki motyli
Podczas językowego campu mieszkałam w willi położonej w górach, w niemal w samym środku wyspy. Każdy dzień wyglądał trochę inaczej. Były wizyty w małych miasteczkach z bogatą historią, miejsca naznaczone erupcjami wulkanów, turystyczne kurorty i jedzenie, które czasami okazywało się równie ważne jak kolejny punkt wycieczki.
Naszym pierwszym przystankiem było Icod de los Vinos. Miasteczko jest znane przede wszystkim z Drago Milenario, ogromnego drzewa smoczego mającego co najmniej 800 lat, które stało się jednym z symboli Teneryfy.
W centrum uwagę przykuwają białe domy, kolorowe detale, drewniane elementy i strome uliczki, które sprawiają, że Icod ma zupełnie inny charakter niż południowe kurorty.
Jeśli mamy jeszcze chwilę czasu, można poświęcić go na wizytę w motylarni. W środku trudno przejść obojętnie obok setek kolorowych motyli. Latają nad głowami, przysiadają na liściach, kwiatach, a czasem także na ramionach odwiedzających.
Teneryfa w cieniu wulkanów. Miasto zalane lawą
Garachico jest jednym z tych miejsc, które najlepiej pokazują, jak bardzo historia Teneryfy jest związana z wulkanami. Obecnie trudno od razu wyobrazić sobie, że spokojne miasteczko z wąskimi uliczkami i widokiem na ocean należało w przeszłości do najważniejszych portów wyspy.
Garachico założył genueński bankier Cristóbal de Ponte. Po podboju Teneryfy w 1496 roku dostrzegł potencjał naturalnego portu i właśnie wokół niego zaczęło rozwijać się miasto. Z czasem Garachico stało się ważnym punktem handlowym, do którego przybywali kupcy z różnych części Europy. Wraz z bogactwem pojawiały się kolejne kościoły i okazałe rezydencje.
Już w 1604 roku Antonio de Viana pisał o tym miejscu: „Tam, gdzie wielka skała otoczona jest morzem, które ją obmywa, tam – jestem pewien – powstanie wielkie i sławne miasto, a jego imię będzie Garachico”.
Ponad sto lat później w historii miasta nastąpił gwałtowny zwrot. 5 maja 1706 roku wybuchł wulkan Trevejo, znany również jako Montaña Negra lub Arenas Negras. Lawa ruszyła w stronę Garachico. Według rekonstrukcji naukowych w pierwszej fazie erupcji część miasta została przykryta lawą w czasie krótszym niż 15 godzin.
Zastygła lawa zmieniła linię brzegową i właściwie zakończyła okres świetności Garachico jako ważnego portu.
W trakcie spaceru po mieście uwagę przykuwają naturalne baseny El Caletón, utworzone właśnie w zastygłej lawie. To jeden z najlepszych przykładów tego, jak na Teneryfie natura potrafi w jednej chwili zniszczyć fragment miasta, a kilka wieków później stworzyć atrakcję, dla której przyjeżdżają tu turyści.
Hotele i plaże. Teneryfa dla fanów all inclusive
Na południu wyspy wszystko wygląda zupełnie inaczej. Los Cristianos to Teneryfa, którą znamy z katalogów biur podróży. Gigantyczne hotele, restauracje i sklepy skrojone pod turystów. Jest głośniej, bardziej komercyjnie i zdecydowanie bardziej kurortowo. Na ulicach słychać głównie języki włoski, niemiecki i francuski.
Zaskoczyły mnie wszechobecne meleksy wynajmowane przez turystów (nawet tych młodszych), które woziły ich po promenadzie. Jeśli ktoś szuka klasycznego wypoczynku w formule „hotel, basen, plaża i restauracja” – znajdzie tu wszystko. Jeśli chce poznać charakter wyspy, trzeba ruszyć w dalszą podróż.
Dawna stolica Teneryfy. Co trzeba zobaczyć?
Zupełnie inną twarz Teneryfy pokazuje San Cristóbal de La Laguna. Wpisane w 1999 roku na listę UNESCO miasto w niczym nie przypomina Los Cristianos. Nie ma tu poczucia, że zostało powstalo ono z myślą o zachodnich turystach.
Kolorowe fasady, stare kamienice, drewniane balkony i brukowane uliczki tworzą spójną całość. Najbardziej charakterystycznym punktem jest katedra San Cristóbal de La Laguna. Jej historia sięga XVI wieku, choć budynek, który można aktualnie zwiedzać, powstał na początku XX wieku.
Dobrym miejscem, żeby zobaczyć tę bardziej codzienną stronę La Laguny, jest Mercado Municipal przy Plaza del Cristo. To targ, na którym można znaleźć owoce i warzywa, ryby, mięso, sery, słodycze, kwiaty i inne lokalne produkty.
Teide. Najlepszy punkt widokowy na Teneryfie
Teneryfę trudno jednak naprawdę poznać bez spojrzenia na Teide. Punkt widokowy Chipeque to miejsce, gdzie dopiero z góry widać, jak bardzo zróżnicowana jest wyspa. W dole rozciąga się dolina a nad całym krajobrazem dominuje Teide, czyli najwyższy szczyt Hiszpanii i trzeci największy wulkan na świecie.
Co mnie urzekło to fakt, że Teide nie jest wyłącznie atrakcją, którą „odhacza się” podczas jednej wycieczki. Wulkan towarzyszy nam niemal podczas całego pobytu na wyspie. Widać go podczas przejazdów, ponad dachami, czasem tylko na chwilę, zanim schowa się za chmurami.
Polski ślad na Teneryfie. Skąd wzięło się Cafe Breslau?
Kolejny punkt w naszym planie, czyli La Orotava, to chyba jedno z tych miejsc typowych dla północnej części Teneryfy. Stare domy, drewniane balkony, kolorowe fasady i brukowane uliczki sprawiają, że spacer po centrum jest przyjemny nawet bez konkretnego planu. Najbardziej charakterystycznym miejscem jest Casa de los Balcones, który przenosi nas w przeszłość i pokazuje, jak przed laty mieszkano na wyspie.
W La Orotavie można też trafić na zaskakujący ślad Polski, a właściwie dawnego Wrocławia. Café Breslau przy Calle Tomás Zerolo jest współczesną kawiarnią w stylu vintage, ale jej nazwa nawiązuje do historii Egona Alfreda Wende Barda.
Urodzony w Breslau, w 1914 roku wyruszył statkiem w kierunku niemieckich kolonii w Afryce. Podczas podróży wybuchła I wojna światowa, a statek zatrzymał się na Teneryfie. Wende zdecydował się zostać na wyspie i poprosić o azyl. W 1917 roku założył pierwszą lokalną cukiernię – Confiteria Taoro, która istnieje do dziś (pod nazwą Casa Egon).
Teneryfa dla miłośników dobrej kuchni. Typowe potrawy
Jeżeli w trakcie pobytu na Teneryfie miałabym wskazać coś, co koniecznie trzeba odwiedzić, byłyby to guachinches. Tradycyjnie były to miejsca, w których można było kupić lokalne wino i przy okazji coś zjeść. Jedzenie miało być proste, domowe i konkretne.
To, czego z pewnością trzeba spróbować na Teneryfie, to papas arrugadas – małe ziemniaki gotowane w mocno osolonej wodzie, zwykle podawane z dwoma sosami – mojo rojo i mojo verde. Jest też gofio, czyli mąka z prażonych zbóż, która od pokoleń jest ważną częścią kanaryjskiej kuchni. W menu często pojawia się również queso ahumado, wędzony ser o wyrazistym smaku oraz almogrote, czyli pasta zrobiona z twardego sera, papryki, czosnku oraz oliwy.
Popularny jest także miel de palma, czyli miód palmowy. Ma ciemny kolor, intensywny smak i jest wykorzystywany zarówno do deserów, jak i dań wytrawnych.
Ropa vieja to jedno z najbardziej charakterystycznych dań kuchni kanaryjskiej. Chociaż nazwa (oznaczająca dosłownie „stare ubrania”) nie zachęca, jest to sycące połączenie rozdrobnionego mięsa, ciecierzycy, ziemniaków i warzyw, często doprawione czosnkiem, cebulą, papryką i przyprawami.
Podczas moich wakacji próbowałam również paelli arroz negro z owocami morza, która zawdzięcza swój charakterystyczny kolor atramentowi z kałamarnicy lub mątwy. Nie jest to oczywiście danie typowo kanaryjskie, ale na wyspie bez problemu można je znaleźć. I właśnie takie połączenie pokazuje, jak wiele różnych wpływów spotyka się na Teneryfie.
W trakcie podróżowania po Teneryfie w oczy rzucają się plantacje bananów. Wielkie liście roślin pojawiają się szczególnie często na północy wyspy, gdzie klimat sprzyja ich uprawie. Nie było więc zaskoczeniem, że najlepszy posiłek całego wyjazdu zjadłam na plantacji bananów, przy stole pełnym lokalnych produktów. Zamiast zamkniętej sali restauracyjnej otaczały mnie bananowce i bujna roślinność a w rogu lokalu znajdowała zagroda z małymi kozami.
Stolica Teneryfy. Tu życie płynie innym rytmem
Ostatnim punktem planu zwiedzania była Santa Cruz de Tenerife. Tutaj znowu widzimy zupełnie inny charakter wyspy. Są szerokie ulice, centra handlowe, biurowce, kawiarnie i dużo więcej miejskiego gwaru.
Stolica była dobrym przypomnieniem, że Teneryfa to nie tylko krajobrazy i turystyczne atrakcje. To normalne miasto, w którym ludzie pracują, robią zakupy, spotykają się ze znajomymi i po prostu żyją.
Po tych kilku dniach przekonałam się, że Teneryfa naprawdę nie daje się zamknąć w jednym obrazku. Jednego dnia można oglądać zastygłą lawę w pochmurnym Garachico, a następnego leżeć na plaży w Los Christianos, gdzie temperatury sięgają 40 stopni. I chyba właśnie ta różnorodność jest tym co sprawia, że Teneryfa urzeka tak bardzo, że na chce się tutaj wracać.