Monika Witkowska, która wielokrotnie bywała w Himalajach i Karakorum oraz znała Nirmala „Nimsa” Purję, zwraca uwagę na mechanizm, który pojawia się podczas drogich, komercyjnych wypraw. Klient inwestuje ogromne pieniądze, miesiące przygotowań i często podporządkowuje wyjazdowi znaczną część życia. Jednocześnie część najważniejszych decyzji oddaje w ręce organizatora.
– Ci ludzie, którzy jadą z Nimsem, płacą ciężkie pieniądze, ale płacą też te pieniądze za to, że mają taki komfort, że to na Nimsa spada odpowiedzialność i ci ludzie mu wierzą – mówi Monika Witkowska w rozmowie na kanale YouTube „Momenty”.
CAŁA ROZMOWA:
80–100 tys. dolarów za wyprawę na K2
Jak wygląda taka komercyjna ekspedycja? Witkowska zestawia ją z własnym sposobem działania w górach. Sama korzystała ze wsparcia Szerpy, ale traktowała go jako partnera wspinaczkowego. Dzielili między siebie część sprzętu, natomiast decyzje dotyczące strategii, aklimatyzacji czy wyboru momentu ataku szczytowego należały do niej.
W przypadku wypraw organizowanych przez Nimsa model miał wyglądać inaczej.
– Wszystko [było] zorganizowane i człowiek, który jedzie na taką wyprawę, to może być bardzo dobry wspinacz, przede wszystkim dosyć zamożny człowiek, bo to nie były wyprawy tanie, ale tutaj ci uczestnicy tych wypraw jak gdyby nie mieli swojej samodzielności w podejmowaniu decyzji, tylko musieli się podporządkować agencji, czyli w tym wypadku Nimsowi – opowiada Witkowska.
Według jej relacji osoby, z którymi rozmawiała na K2, płaciły za udział w takich wyprawach ogromne kwoty.
– W przypadku K2 wiem od ludzi, którzy tam byli u niego, że płacili, przynajmniej ci, z którymi ja rozmawiałam, w okolicach 80–100 tysięcy dolarów – mówi himalaistka.
Tak wysoka cena zmienia relację między klientem a organizatorem. Nie chodzi już wyłącznie o wspólne wspinanie. Klient kupuje logistykę, wsparcie i doświadczenie zespołu, ale może również oczekiwać, że to ktoś inny wskaże mu najlepszy moment wyjścia i podejmie za niego najtrudniejsze decyzje.
„Nims prowadził swoje wyprawy w takim wojskowym stylu”
Witkowska zetknęła się z grupą Nimsa m.in. podczas zejścia z K2. Jak wspomina, gdy sama była na szczycie, znajdowało się tam zaledwie kilka osób. Później spotkała dużą grupę uczestników komercyjnej ekspedycji.
– Nims prowadził te swoje wyprawy w takim wojskowym stylu – mówi Witkowska.
Według jej relacji uczestnicy funkcjonowali jako mocno zorganizowana grupa i mieli podporządkowywać się decyzjom kadry. Witkowska zwraca też uwagę, że między agencjami istnieje rywalizacja o skuteczność wejść. Organizatorzy korzystają chociażby z płatnych prognoz pogody i niekoniecznie dzielą się zdobytymi informacjami z konkurencją.
Duża liczba klientów oznacza również ogromne zespoły pracujące na górze. Witkowska podaje przykład grupy, w której około 20 klientów mogło mieć do dyspozycji łącznie około 30 Szerpów. W efekcie na jednej drodze pojawiało się nawet około 50 osób.
– Jak oni idą razem, to chcąc nie chcąc wygląda to jak kolejka, bo zbitka 50 ludzi na jednej poręczówce sprawia, że ja nie mogłam zejść w dół, musiałam ich przepuszczać – wspomina.
Jednocześnie podkreśla, że taka sytuacja nie oznacza, iż na K2 zawsze tworzą się kolejki. Problem pojawia się w momencie, gdy na jednym fragmencie drogi znajdzie się właśnie tak duża, poruszająca się wspólnie grupa.
Wielkie pieniądze oznaczają wielką presję
Wyprawa na ośmiotysięcznik oznacza tygodnie spędzone poza domem. Do tego dochodzą miesiące lub lata treningów, ogromne koszty, sponsorzy, zainteresowanie znajomych i mediów. Po kilku tygodniach siedzenia w bazie decyzja o wycofaniu się może być znacznie trudniejsza, niż wydaje się osobie obserwującej wyprawę z domu.
Witkowska zwraca uwagę, że wspinacz zaczyna wówczas kalkulować. Poświęcił czas, wydał pieniądze, być może ma sponsorów, zapowiadał wyprawę w mediach, a szczyt jest realizacją wieloletniego marzenia. Wszystko to może skłaniać do podjęcia większego ryzyka.
– Często jest tak, że po prostu ryzykuje się. Zakładamy, że to zagrożenie może nie jest takie duże, może nam się uda – komentuje.
Sama przestrzega przed ocenianiem takich decyzji wyłącznie z perspektywy tego, co wiadomo już po tragedii. Gdy nic się nie wydarzy, ryzykowna decyzja może zakończyć się sukcesem, a uczestnicy wrócą ze szczytu jako bohaterowie.
Jest jednak czynnik, który zdaniem himalaistki szczególnie komplikuje sytuację: przyzwyczajenie do sukcesów.
– Ja uważam, że po pierwsze najgroźniejsza jest rutyna i takie już przyzwyczajenie, że wszystkim się coś może stać, ale nie nam – mówi Witkowska.
„Góry się nie zmieniły, zmieniają się ludzie”
Zdaniem Witkowskiej problem komercjalizacji himalaizmu jest szerszy niż same pieniądze. Chodzi także o drogę, jaką człowiek powinien przejść, zanim znajdzie się na ośmiotysięczniku.
– Wychodzę z założenia, że żeby trafić na ośmiotysięczniki, to powinno się jednak przejść taką drogę chodzenia po niższych górach. Ileś razy trzeba zmarznąć, przemoknąć, trzeba mieć jak najwięcej doświadczenia – mówi.
Nie chodzi jedynie o techniczne umiejętności wspinaczkowe. Zdaniem himalaistki kolejne doświadczenia uczą funkcjonowania w trudnych warunkach, podejmowania decyzji i przede wszystkim pokory wobec gór.
Tego elementu brakuje jej czasem w dzisiejszych wysokobudżetowych wyprawach.
– Trochę mi w obecnych czasach, między innymi właśnie w takich agencjach jak u Nimsa, brakuje tego, żeby ludzie, którzy wchodzą na ośmiotysięczniki, przeszli te wcześniejsze etapy – komentuje.
I dodaje: – Uważam, że góry się nie zmieniły, natomiast zmieniają się ludzie, którzy tam jeżdżą.
Jednocześnie Witkowska nie krytykuje samego faktu, że coraz więcej osób chce zobaczyć najwyższe góry świata. Podkreśla, że każdy ma prawo realizować własne marzenia i pasje. Jej zastrzeżenia dotyczą raczej sposobu, w jaki część osób do tych gór podchodzi.
Czytaj też:
Nirmal Purja nie żyje. Legendarny himalaista zginął pod lawiną
