Do tej jaskini lepiej nie wchodzić. Zabija wszystko, co znajdzie się w środku
Ta niewielka szczelina w skale powoduje gęsią skórkę na plecach podróżników przemierzających Kostarykę. „Jaskinia śmierci” (hiszp. Cueva de la Muerte) swoimi rozmiarami bardziej przypomina dziurę niż wnętrze groty. Jej skromny rozmiar nie powinien was jednak zmylić. Wnęka ukryta na zboczu wulkanu Poas jest śmiertelnie niebezpieczna. Każdy żywy organizm, który tu wejdzie, musi przygotować się na pewną śmierć. To kolejna wyjątkowa grota w tej części świata. Kilka miesięcy temu serce słynnej polskiej podróżniczki podbiła jaskinia kryształowa w Meksyku.
„Jaskinia śmierci” w Kostaryce
Głęboko w wulkanicznych górach położonej w Ameryce Centralnej Kostaryki kryje się tajemnicza jama. Turyści przechodzą tędy podczas trekkingu w okolicach wulkanu Poas, na północ od stolicy San Jose. Brama do „Jaskini Śmierci” ozdobiona jest ostrzegawczymi z trupimi czaszkami. „Niebezpieczeństwo. Zakaz wejścia” – napisano na tabliczce w języku hiszpańskim i angielskim. Choć wielu turystów miałoby problem z wczołganiem się do długiej na trzy metry i głębokiej na niecałe dwa metry szczeliny, powinni zachować szczególną ostrożność. Wszystko przez niezwykłą właściwość tego miejsca.
W jaskini nie ma tlenu
Lata obserwacji lokalnych naukowców potwierdziły, że we wnętrzu jaskini panują toksyczne warunki nieodpowiednie dla organizmów żywych. „Małe zwierzęta wchodzą do jaskini i duszą się, zwykle w ciągu kilku chwil” – czytamy. Problem dotyczy niewielkich stworzeń takich jak pająki, kraby czy niektóre ptaki. Powodem ma być bardzo niska zawartość tlenu i wysoki poziom dwutlenku węgla. Według naukowca Guya van Rentergema jaskinia emituje nawet 30 kilogramów CO2 w ciągu godziny. Dzięki swojej złej sławie jaskinia stała się jedną z popularniejszych atrakcji turystycznych regionu i idealnie pasuje do ducha Kostaryki, która słynie z turystyki ekstremalnej i przygodowej.