Pojechałam na najtańsze all inclusive do Tunezji. W hotelu widmo spędziłam 10 dni

Pojechałam na najtańsze all inclusive do Tunezji. W hotelu widmo spędziłam 10 dni

Dodano: 2
Spędziłam 10 dni na najtańszym all inclusive w Tunezji
Spędziłam 10 dni na najtańszym all inclusive w Tunezji Źródło: WPROST.pl / Klaudia Zawistowska
Tunezja przed pandemią była jednym z najpopularniejszych kierunków wśród Polaków. Turystyka rozwijała się tam tak prężnie, że zaczynała poważnie konkurować z Egiptem. Co zmieniło się przez dwa lata?

Wczasy all inclusive z pewnością nie należą do moich ulubionych. Zdecydowanie bardziej lubię swobodę i niezależność, które dają mi wakacje organizowane samodzielnie. Jednak przyznam szczerze, że kiedy wpadłam na pomysł odwiedzenia Tunezji, nabrałam zbyt wielu obaw, żeby samej zarezerwować tam nocleg i przeloty. Dodatkowo oferty all inclusive były tak atrakcyjne, że postanowiłam wykorzystać okazję.

All inclusive w Tunezji za niecałe 2300 zł i to na 10 dni

Podróżując, zawsze wybieram jedne z najtańszych opcji noclegu, ponieważ uważam, że nie warto za to przepłacać. W hotelu i tak spędzam raptem kilka godzin w nocy, kiedy śpię. Pozostałą część dnia wykorzystuję na zwiedzanie lub plażowanie. Nie jestem też wielkim smakoszem, dlatego nie obawiałam się, że jedzenie na miejscu nie będzie mi smakować.

Idąc tym tropem, wybrałam ofertę za niespełna 2300 zł. W tej kwocie miałam zapewnione 11 dni w Tunezji (z powodu niedawnych protestów na miejsce dotarłam dzień później), pełne wyżywienie, przeloty z transferem, a także dodatkowy bagaż. Kwota ta zawierała już opłatę za pokój z widokiem na morze, a także ubezpieczenie podróżne.

Czytaj też:
Tunezja zmienia obostrzenia. Będzie kolejny wakacyjny hit?

Hotel widmo w Tunezji. Tak wypoczęta nie byłam nigdy wcześniej

Wspomniane protesty wprowadziły ogromne zamieszanie w sektorze turystycznym. Kiedy więc weszłam do hotelu i poza obsługą w ogromnym holu nie było tam nikogo oprócz mnie i moich dwóch towarzyszy podróży, byłam zaskoczona, ale jeszcze nie zszokowana. Szok nadszedł dopiero później. Na lunchu byliśmy jedynymi gośćmi. Kiedy wyszliśmy na plażę, sympatyczny pan ochroniarz specjalnie dla nas rozłożył leżaki, bo nie było tam żywego ducha. Nasz niepokój wzrósł po kolacji, na której oprócz nas były tylko dwie osoby.

W kolejnych dniach nowych gości nieco przybyło, jednak w szczytowym momencie w ogromnym hotelu mającym 350 pokoi, kilka barów, piękną plażę i cztery baseny, było nas maksymalnie 20-25 osób. Na plaży nadal było pusto, ominęły nas też walki o leżaki przy basenie, do których dochodzi w europejskich kurortach.

Galeria:
Tunezyjski „hotel widmo” na zdjęciach. Tak wyglądają pomieszczenia, plaża i posiłki

Im dłużej przebywaliśmy w hotelu, tym taka sytuacja bardziej nam odpowiadała. Obsługa znała każdego gościa, z uśmiechem na ustach łamanym angielskim dopytywali, czy wszystko u nas w porządku. Kiedy wracaliśmy z kolejnych wycieczek (jeździliśmy dokądś co drugi dzień), z autentyczną ciekawością zagadywali, czy nam się podobało. Po spędzeniu tam 10 dni było nam smutno nie dlatego, że nasze wakacje się kończą, a dlatego, że musimy pożegnać wszystkie te sympatyczne osoby.

W trzygwiazdkowym hotelu nie brakuje mankamentów

Wybierając hotel, który miał zaledwie trzy gwiazdki, nie spodziewaliśmy się wielkich luksusów. Nasza sypialnia była na tyle duża, że trzy dorosłe osoby (z czego dwie w rozmiarze XL) mieściły się bez najmniejszych problemów. Łóżka były wygodne, a widok z okna wart znacznie więcej niż wspomniane niespełna 2300 zł.

Widok z okna na plażę i morze

Niestety wiele do życzenia pozostawiała łazienka. Z jakiegoś powodu z WC często unosił się nieprzyjemny zapach, choć wszystko było sprzątane codziennie. Do kąpieli nie zachęcała również łazienka. Wanna czasy świetności miała już dawno za sobą, zresztą tak samo jak cały obiekt. Z jednej strony nie był on brudny i zniszczony, ale czas odcisnął już na nim swoje piętno.

Problemem okazała się również klimatyzacja, a dokładniej jej brak. Upały w Polsce są trudne do zniesienia bez klimatyzatora, a co dopiero ponad 40-stopniowy żar lejący się z nieba na północy Afryki. W ciągu dnia w głównym holu hotelu temperatura dochodziła do 36℃. W pokojach wcale nie było wiele chłodniej, mimo że zasłanialiśmy okna grubymi i ciężkimi zasłonami, a nocą otwieraliśmy okna. Problem polegał na tym, że nawet po zmierzchu temperatura na zewnątrz utrzymywała się na poziomie 23-25℃. a na domiar złego przez otwarte drzwi balkonowe do środka wpadały chmary komarów. Rano zabijaliśmy do dwudziestu owadów.

Ten trudny czas pomógł nam przetrwać wentylator, który obsługa przyniosła nam do pokoju już pierwszego dnia. Prace nad uruchomieniem klimatyzacji chyba trwały, bo podczas naszych dwóch ostatnich nocy w Tunezji z kratki dmuchało chłodniejsze powietrze, dzięki któremu spało się o wiele lepiej.

Dwa ogromne plusy trzygwiazdkowego hotelu? Jedzenie i zakupy po polsku

Jak już wspomniałam, wielkim smakoszem nie jestem, ale na jedzenie w hotelu z pewnością nie mogłam narzekać. Posiłki były zawsze świeże. Wybór nie był może zbyt duży, w końcu było to all inclusive dla maksymalnie 20-25 osób, ale każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Na obiad królowały ziemniaki i kurczak, ale do wyboru były również ryby. Ja zakochałam się jednak w arbuzie, który nigdzie nie smakował tak dobrze, jak tutaj. Natomiast moi towarzysze zasmakowali w lokalnych ciastach.

Stołówka, w której jada się posiłki

Ponieważ nasz hotel znajdował się na uboczu (między Monastirem i Sousse) w pobliżu nie było żadnych sklepów, poza tymi na lotnisku, a także jednym w naszym hotelu. Właśnie ten jeden sklep okazał się dla nas najlepszym miejscem do zrobienia zakupów w Tunezji. Wszystko dzięki Jamalowi – Tunezyjczykowi, który świetnie mówił po polsku, a na dodatek był chyba jedynym handlarzem w Tunezji, który nie naciągał na zakupy, a na dodatek oferował uczciwe ceny.

Warto wiedzieć, że Tunezyjscy handlarze są skrajnymi naciągaczami. Nie ma znaczenia, czy zainteresujemy się ich towarem, czy przemkniemy obok ich stanowiska niczym błyskawica, lub jak chmura gradowa (tak wyglądałam w połowie wyjazdu, przechodząc przez medinę). Krzyki i zachwalanie produktów były dopiero początkiem. Sprzedawcy nie bali się łapać nas za ręce i na siłę ciągnąć w kierunku swoich kramów. W Tunisie handlarz z wisiorkami szedł za nami dobre 10 minut, mimo iż już w pierwszej daliśmy mu jasno do zrozumienia, że nie chcemy niczego kupować. Na dodatek wszędzie trzeba było się targować, a ceny były mocno wygórowane. Myślałam, że po odwiedzeniu tureckich bazarów jestem już gotowa na wszystko, jednak to, co spotkało mnie w Tunezji przeszło najgorsze oczekiwania. Nieraz na usta cisnęły mi się niecenzuralne słowa w przynajmniej trzech językach.

Czy warto było jechać na najtańsze all inclusive? Zdecydowanie tak

Po dziesięciu dniach spędzonych na najtańszym wyjeździe all inclusive w Tunezji, z czystym sumieniem mogę przyznać, że nie żałuję, że nie wybrałam droższej oferty. W tej cenie miałam zapewnione wygodne łóżko i smaczne posiłki.

Pusta plaża w Tunezji

Największym plusem mojego hotelu okazała się jednak wspomniana wcześniej cisza i spokój, a także przesympatyczna obsługa. Czegoś takiego zdecydowanie nie spodziewałam się podczas tego wyjazdu. Niska cena w biurze podróży pozwoliła nam również na przeznaczenie większych środków na zwiedzanie Tunezji. Dzięki temu odwiedziliśmy pobliskie Sousse i Monastir, a także Tunis i El Jem. Wiem już jednak, że do Tunezji nie wrócę zbyt prędko. Moja awersja ma związek nie ze złymi wspomnieniami z hotelu, a z wszechobecnym bałaganem i zdewastowanymi ulicami, które widziałam podczas zwiedzania.

Czytaj też:
Spędziłam cztery dni na all inclusive w Turcji. Czegoś takiego się nie spodziewałam

Opracowała:
Źródło: WPROST.pl
 2

Czytaj także