Nikt nie wie, ile osób tak naprawdę mieszka w Kairze. W przypadku miasta w granicach administracyjnych oficjalne statystyki mówią o 8-10 milionach. Najczęściej jednak, mówiąc o Kairze, myślimy o aglomeracji obejmującej także Gizę i przedmieścia, a wtedy liczba ta wzrasta do ponad 20 milionów. Ciągłe migracje i duża liczba nieformalnych, niezarejestrowanych mieszkańców sprawiają, że dokładne rachunki są mocno utrudnione.
Próbuję objąć ten bezmiar wzrokiem, stojąc na szczycie Wieży Kairskiej w prestiżowej dzielnicy Zamalek, niegdyś najwyższej konstrukcji w całej Afryce. W tej nocnej scenerii światła miasta rozlewają się od brzegu Nilu i nie gasną aż po sam horyzont, wydobywając z ciemności nawet Piramidę Cheopsa: czarny, wyraźnie zarysowany na tle migocącej panoramy trójkąt.
Choć Wieża Kairska to całkiem popularna atrakcja, tego wieczoru oprócz mnie jest tu tylko kilku pojedynczych turystów. Pewnie nikt głośno się do tego nie przyzna, ale wszyscy chcieliśmy po prostu na chwilę schować się przed hałasem ulic Starego Miasta. Poznanie Kairu wymaga bowiem cierpliwości i pogodzenia się z tym, że to co jednego dnia fascynuje, kolejnego potrafi przytłoczyć. Ta intensywność doświadczeń sprawia jednak, że o tym niezwykłym mieście pamięta się jeszcze na długo po powrocie.
Znajdź symbol bogactwa na bazarze Chan al-Chalili
Nie ma Kairu bez wizyty w Chan al-Chalili. Trafiają tu, i to często już pierwszego wieczoru, nawet ci, u których myśl o kupowaniu pamiątek budzi instynkt ucieczki. W historycznym suku z XIV wieku, wśród nawołujących sprzedawców, melodii sączących się z arabskich kawiarni i autokarów, które niezgrabnie próbują wcisnąć się w wąskie uliczki zastawione straganami, mieszka islamska dusza miasta.
![]()
Chan al-Chalili widziałam jeszcze na samym początku ramadanu. W znajdującym się tuż obok meczecie Al-Azhar kończyła się właśnie ostatnia modlitwa. Tego samego wieczoru odbywał się też ważny (sądząc po głośno grających telewizorach, zapełnionych stolikach przed lokalami i okazjonalnych okrzykach) mecz kairskiej drużyny Al Ahly, która podejmowała klub z Aleksandrii. Na ulicach ludzi było więc jeszcze więcej ludzi niż zwykle, a pod główne wejście, trąbiąc, podjeżdżały kolejne samochody, skutery i tuk-tuki. Kilkuosobowa grupa turystów z Europy odchodziła od zmysłów, bezskutecznie próbując znaleźć zamówionego ubera. Aplikacja pokazywała, że kierowca jest przecież na miejscu, tylko że w samym środku ulicznego zatoru.
Łatwo stracić tutaj cierpliwość. Do siebie, do nachalnego sprzedawcy, do Egiptu w ogóle. Łatwo zapomnieć, że w sumie nikt cię nie goni, i zamiast przeciskać się przez tłum na bazarze, można zatrzymać się w jednej z tych pięknych kawiarni. Pić arabską kawę pod setkami kolorowych lampionów. Obserwować cały ten potok ludzi na siedząco.
Albo trochę się zgubić i wejść w uliczki, które na pierwszy rzut oka nie zachęcają do eksplorowania. Jedno z takich miejsc, niedaleko kawiarni Um Khothoum, pokazuje nam przewodniczka, Ines. Niepozorny sklep po schodkach, a w nim wszystko to, co sprzedają na dole, tylko kilkukrotnie tańsze. Najpierw kręcimy nosem, bo zielone arafatki są tu trochę zbyt mało zielone, a czarne figurki faraońskich kotów niewystarczająco czarne, ale wracamy skruszeni już kolejnego wieczoru, zmęczeni targowaniem się w miejscach, które złudnie wydawały się bardziej kolorowe. Odkrywamy, że na tym przedziwnym patio, ukrytym na drugim piętrze, wszyscy sprzedawcy z jakiegoś powodu mówią do nas po hiszpańsku, a przed wejściem wiszą kartki z napisem „precio fijo” (stałe ceny). Kupujemy więc na potęgę egipskie symbole bogactwa, po osiemdziesiąt funtów za sztukę. Zielone, czerwone i żółte: skarabeusze. Święte żuki obdarowanym w Polsce mają przynieść powodzenie i zapewnić ochronę przed złymi mocami.
![]()
Kair wyrwany ze starożytności
Pisanie o takim mieście jak Kair to zadanie niewdzięczne. Przy jego ogromie język wydaje się po prostu bezradny. Niewiele wnosi przecież stałe sprowadzanie go do chaosu, hałasu i kontrastu. Chciałoby się więc na chwilę wejść w tutejsze życie, albo chociaż poprzyglądać się mu, by spróbować je zrozumieć. Spędzając w nim jeden czy dwa dni, nie sposób tego dokonać. Na osłodę pozostaje zwiedzanie.
![]()
Zabytki Kairu nie znikają w cieniu piramid. Jest przecież Cytadela Saladyna, ogromna średniowieczna twierdza na wzgórzu Mukattam, która każdego ranka po brzegi wypełnia się turystami. To tu przez prawie siedemset lat mieściła się siedziba władz Egiptu – od sułtanatu kurdyjskich Ajjubidów (z których wywodził się Saladyn), poprzez rządy Mameluków i panowanie Osmańskie, aż po czasy Muhammada Alego, który w XIX wieku uczynił cytadelę swoją rezydencją i symbolem nowej epoki w historii kraju. Każdy kolejny władca dopisywał kolejny rozdział historii – można więc na własne oczy zobaczyć, jak przez lata ewoluowała sztuka islamska.
Egipski rząd opuścił cytadelę dopiero w latach 60. XIX wieku. Zdawać by się mogło, że skoro przez tyle lat to miejsce było odporne na ataki z zewnątrz, wszystko zachowało się tu w niemal nienaruszonej formie. Kompleks był jednak wielokrotnie przebudowywany, niszczony i odnawiany. Muhammad Ali, przejmując władzę i czyniąc cytadelę swym centrum, kazał na przykład zburzyć pałace mameluckie, a następnie wniósł swój meczet w stylu osmańskim, na wzór Błękitnego Meczetu w Stambule. Meczet Muhammada Alego nazywa się dziś alabastrowym, od jasnych kamiennych płyt pokrywających ściany zbudowanej z wapienia świątyni. Ali Pasza, zapamiętany jako twórca potęgi współczesnego Egiptu, spoczywa w jego wnętrzu, w marmurowym cenotafie.
Główna kopuła meczetu Alego wznosi się na wysokość pięćdziesięciu dwóch metrów, a jego dwa minarety są najwyższymi w całym Egipcie – każdy z nich osiąga wysokość osiemdziesięciu czterech metrów. Najważniejsze jest jednak to, co znajduje się w środku. Podłoga meczetu nie jest całkowicie wyłożona dywanem, ale na wzór Stambułu, nie zasłaniano tu bogato zdobionej, marmurowej posadzki. Odbija się w niej dwutonowy, podarowany przez francuski rząd żyrandol i dokładnie trzysta sześćdziesiąt pięć lamp naftowych, dziś zasilanych elektrycznie, oświetlających całą część modlitewną. Gdy wyjdziemy na zewnątrz, do naturalnego światła, ze wzniesienia powita nas spektakularny widok: mozaika dachów, minaretów i kopuł we wszystkich odcieniach brązu i beżu. Nie dostrzeżemy stąd jednak Kairu Koptyjskiego, skrytego za gęstą zabudową centralnej części miasta. Od chrześcijańskiej, spokojnej enklawy z najstarszymi kościołami w Egipcie dzieli nas kilka kilometrów pieszo. To już jednak inny moment w dziejach i temat na zupełnie inną historię.
Punktualny po egipsku, czyli opóźniony o godzinę
Niektórzy do odwiedzanych miast lubią przywozić swoje małe rutyny. W Kairze jest to utrudnione. Parków jest tu niewiele, a bieganie przez zatłoczone Downtown nie wydaje się specjalnie przyjemne. Kairskie drogi uchodzą za jedne z najniebezpieczniejszych na świecie, a takie miejsca jak rondo Placu Tahrir tej reputacji nie podważają. Mimo to przedzieranie się przez strumień samochodów w praktyce działa całkiem sprawnie, nawet jeśli z boku wygląda brawurowo. Są też oczywiście checkpointy, obstawione przez wojsko i policję, znajdujące się na głównych arteriach, mostach oraz w okolicach obiektów rządowych i turystycznych. Te jednak nie skomplikują turystom ani biegania, ani spacerów – zwykle interakcje z funkcjonariuszami ograniczają się do przyjaznego skinienia głową.
![]()
Do Kairu nie warto zabierać ze sobą zbyt wielu przyzwyczajeń, także tych dotyczących punktualności i dokładności. Jeśli walizka nie dociera do pokoju na czas, bo cała obsługa hotelu świętuje ramadan, to może lepiej nie wydzwaniać na recepcję. Jeśli walizka ginie na lotnisku, to ginie na lotnisku. Może znajdzie się za godzinę, a może za tydzień, niezależnie od tego, jak dużo stresu włożymy w rozwiązanie zagadki jej zniknięcia.
Lepiej zawczasu zgodzić się na rzeczywistość, w której o tym, co dziś się wydarzy, czasami zadecyduje przypadek. Bez tego kairskie doświadczenie nie będzie smakować wystarczająco dobrze.
Wyjazd odbył się na zaproszenie Egyptian Tourism Authority. Organizator nie ingerował w treść publikacji.
![]()
Czytaj też:
Koniec z taksówkami i busami. Wkrótce pod piramidy dojedziecie metrem Czytaj też:
Spokojniejszy niż Szarm el-Szejk. Turyści z Polski odkryją nowy rejon Egiptu
