Skarżył się na „paragon grozy” w smażalni. Nie przewidział finału

Skarżył się na „paragon grozy” w smażalni. Nie przewidział finału

Dodano: 
Smażona ryba
Smażona ryba Źródło: Pexels / Paolo Botio
Wakacyjne „paragony grozy” to dla niektórych osób rozrywka porównywalna z jesiennym grzybobraniem. Czasem jednak krytyka idzie za daleko, o czym przekonał się ostatnio jeden z klientów.

O „paragonach grozy” z roku na rok słyszymy coraz więcej. Lubimy narzekać, a już szczególnym upodobaniem cieszy się krytyka chciwych przedsiębiorców. Jeśli restaurator liczy sobie słono za mrożoną rybę, albo próbuje oszukiwać na rachunku, to nie mamy dla niego litości. Czasem jednak warto upewnić się, zanim skrytykujemy coś pochopnie.

„Paragon grozy” nie porwał internautów

Przekonał się o tym klient smażalni „Okoń” w Pasłęku. „Paragon grozy w drodze nad morze. Tyle zapłaciliśmy w słynnej restauracji Okoń znajdującej się w Pasłęku przy obwodnicy. 170 zł oraz 190 zł za kilogram – tego jeszcze w życiu nie widziałem. Myślałem, że pani źle na kasę nabiła” – pisał.

Pod powyższą wiadomością pojawiło się blisko 1400 komentarzy. Internauci nie dołączyli jednak do oburzonego turysty, tylko stanęli po stronie smażalni. „Jaka to groza, jak kilogram wędzonej makreli w sklepie kosztuje 52 zł” – pytali. Radzili też sprawdzać ceny przed złożeniem zamówienia i uszczypliwie pytali, czy menu trzymane było w tajemnicy.

Restauratorka tłumaczy wysokie ceny ryb

W rozmowie z „Faktem” sprawę skomentowała też menadżerka smażalni. Pani Ewa Borowska tłumaczyła, że wysoka cena nie była spowodowana wakacyjną podwyżką cen, ale sytuacją na rynku. – Wydaje mi się, że wynika to przede wszystkim z tego, że ryb jest coraz mniej. Coraz częściej zdarzają się też przerwy w dostawach. Niektórych gatunków nie można kupić, bo obowiązują zakazy połowów albo po prostu nie ma ich w hurtowniach. To wszystko przekłada się na ceny – wyjaśniała cierpliwie.

Zwracała uwagę, że w „Okoniu” część ryb serwuje się na świeżo, ale część mrozi. – Dziś mrożenie szokowe to standard. Dzięki tej metodzie ryby nie wysychają i zachowują świeżość oraz swoje właściwości – podkreślała. Dodawała, że koszty nie dotyczą przecież wyłącznie samych produktów.

– Ryby są drogie. Osoby, które regularnie je kupują, doskonale o tym wiedzą. Kosztuje surowiec, ale ktoś musi też opłacić pracowników hurtowni, transport. My sami kupujemy wędzone krewetki w hurcie po 170 zł za kilogram. Po ile mamy je sprzedawać, by utrzymać lokal, pracowników itd? – pytała.

Czytaj też:
Za gofry i rybę nad Bałtykiem zapłacimy więcej? Szykują się zmiany
Czytaj też:
Nawet 1/3 taniej niż nad morzem. Wybierz uzdrowiskową perełkę Polski