Hans Christian Andersen podczas swojego życia odbył przynajmniej trzydzieści wypraw za granicę. Niespecjalnie cierpiał przy tym na przypadłość zwaną przez podróżników homesickness. W swoich listach i pamiętnikach częściej niż o chęci powrotu do domu wspominał o tęsknocie za byciem poza domem, więc aby jej uniknąć, jako dorosły mężczyzna średnio jeden dzień na pięć spędzał z dala od Danii. W podróżach i w głębokiej więzi z naturą znajdował ukojenie od przewlekłej samotności, miłosnych zawodów i kolejnych ran odrzucenia. W Odense, na rogu ulic Hans Jensens Stræde i Bangs Boder, odwiedzamy dom pisarza, w którym znajduje się otwarte ponad sto lat temu muzeum poświęcone jego twórczości. Spacerując wśród wiecznie żywych baśni, można przypomnieć sobie o własnym świecie dziecięcych niezwykłości, który zawieruszył się między kartkami dawno nieotwieranej „Dziewczynki z zapałkami”.
Z Jutlandii do Fionii mostem nad Małym Bełtem
– Proszę państwa, wylądowaliśmy w Billund. Jest godzina 9:45, a temperatura na zewnątrz wynosi 16 stopni Celsjusza – słychać z kokpitu. Zanim dotrzemy do Odense, czeka nas jeszcze jeden dzień na Półwyspie Jutlandzkim. W Fionii jest co prawda lotnisko, i to imienia, nie inaczej, Hansa Christiana Andersena, ale obsługuje jedynie ruch czarterowy i prywatny. To całkiem dobrze się składa. W wyspach, do których nie można tak po prostu dolecieć, jest coś magicznego. Nawet jeśli ostatecznie nie skrywają żadnej ważnej tajemnicy, to wyobraźnia podpowiada, że jest inaczej.
Zanim wyruszymy na Fionię, w Jutlandii odwiedzamy jeszcze zamek w Kolding. Akurat dziś zbocza zielonego wzgórza, na którym wzniesiono XIII-wieczny zabytek, opanowały wróżki i inne fantastyczne istoty, ale z żadnymi baśniami nie ma to nic wspólnego. To duńscy gimnazjaliści kończą rok szkolny, tradycyjnie przebierając się w to, na co akurat mają ochotę. Z boomboxów niesionych na ramionach leci głośna muzyka i nikt nie zważa ani na wycieczkę z Polski, ani na króla Danii, który za godzinę ma pojawić się tu, by wziąć udział w zlocie właścicieli Bugatti. Nikt nie będzie przecież kończył z tego powodu imprezy.
Po krótkim przystanku w słynącym z nowoczesnej architektury mieście portowym Vejle, zostawiamy za sobą fantazyjny The Wave, budynek przypominający wzburzone morskie fale. Do Odense została godzina drogi. By przedostać się z wyspy na wyspę, trzeba jeszcze pokonać cieśninę Bałtyku. Most nad Małym Bełtem mierzy niespełna dwa kilometry, więc jak na duńskie standardy jest dosyć krótki. Słynny Most nad Sundem, łączący Kopenhagę z Malmö, ma prawie osiem.
Odense w czasach Andersena wyglądało inaczej
Do największego miasta Fionii docieramy, gdy słońce jest już wysoko i równomiernie oświetla położone wzdłuż brukowanych uliczek jedno- i dwupiętrowe domki. Żółte, błękitne, pomarańczowe, malinowe – z białymi framugami okien i klombami kwiatów przed wejściem ustawionymi w jednym rządku, od linijki. Cały ten obrazek wygląda tak, jakby dziecko wzięło się za testowanie wszystkich kolorów pastelowych kredek z właśnie otwartej paczki. Niebo zostało pomalowane najbardziej intensywnym odcieniem niebieskiego i nie ma na nim ani jednej chmury.
Ten urokliwy kawałek Odense w 1805 roku, kiedy urodził się Andersen, a średnia długość życia w Danii wynosiła od 35 do 38 lat, wyglądał jednak zupełnie inaczej. Dom rodziców Hansa był położony w jednej z najbardziej zaniedbanych dzielnic miasta, która nosiła nazwę Dzielnicy Różanego Strumienia. Strumień był jednak tylko otwartym kanałem ściekowym, a róże znalazły się w nazwie wyłącznie przez przypadek.
Ojciec Andersena, biedny szewc zainteresowany literaturą, związał się z kilka lat starszą Anne (choć niektóre źródła mówią o kilkunastu latach różnicy), niepiśmienną praczką wierzącą w rozmaite przesądy. Podobno, kiedy mały Hans przechodził przez most, matka kazała mu biec, bo bała się, że porwie go wodne straszydło mieszkające w rzece. Inna kobieta, babka od strony ojca, również miała duży wpływ na wyobraźnię przyszłego baśniopisarza. Młody Andersen słuchał jej opowieści w przytułku dla chorych, gdzie zajmowała się ogrodem. Odwiedzał to miejsce także wtedy, gdy trafił tu jego chory psychicznie dziadek. Andersen przez całe życie bał się starości i tego, że skończy dokładnie tak samo.
![]()
Złodzieje włamali się i zabrali „Nowe Szaty Króla”
Na Fionii spędził tylko pierwsze czternaście lat życia. Potem przeniósł się do Kopenhagi, z którą był związany aż do swojej śmierci w 1875 roku. W stolicy przy reprezentacyjnej ulicy Nyhavn położonej nad kanałem Andersen mieszkał pod trzema różnymi adresami. W budynku o numerze „20” napisał wczesne baśnie, takie jak „Księżniczka na ziarnku grochu” i „Krzesiwo”. Pod „67” przebywał najdłużej, przez dwie dekady. Pod numerem „18”, gdzie zatrzymał się pod koniec życia, dziś działa sklep z pamiątkami.
Muzeum z prawdziwego zdarzenia w Kopenhadze jednak nie powstało. Kiedy w 1905 roku w Danii świętowano setną rocznicę urodzin Andersena, zaczęto mówić o planach otwarcia muzeum w Nyhavn. Odense, które ze stolicą zawsze trochę rywalizowało, chciało być jednak pierwsze. Szybko wykupiono dom narodzin Andersena, co de facto przekreśliło szanse Kopenhagi na stworzenie miejsca podobnej rangi. Budynek w Odense długo jednak stał pusty, bo miasto nie posiadało żadnych istotnych pamiątek. Zanim udało się je pozyskać i faktycznie otworzyć muzeum, minęły trzy lata.
Muzeum w Odense było potem wielokrotnie rozbudowywane i remontowane. Wyzwaniem przy pracy z papierem okazały się zabezpieczenia przeciwpożarowe. Parterowy budynek trudno było też ustrzec przed kradzieżami. W 1992 roku, kiedy reprezentacja Danii zdobyła mistrzostwo Europy w piłce nożnej i wszyscy hucznie świętowali na ulicach, dwóch mężczyzn włamało się do muzeum przez niewielkie okno i zabrało rękopis „Nowych szat króla”, a także kilka innych cennych eksponatów. Ani przedmiotów, ani złodziei nigdy już nie odnaleziono. Przeniesienie wystaw do lepiej przystosowanego i strzeżonego miejsca stało się priorytetem.
Charakterystyczny narożny żółty budynek z czterospadowym dachem, w którym urodził się pisarz jest dziś jednym z trzech najważniejszych miejsc w Odense z Andersenem w nazwie. Dziesięć minut spacerem na południe, niedaleko rzeki, znajduje się dom przy Munkemøllestræde, gdzie Hans Christian Andersen mieszkał z rodzicami od drugiego do czternastego roku życia. Ostatnim jest właściwe muzeum otwarte w 2021 roku, które zostało zaprojektowane przez architekta Kengo Kumę. Aby wpasować się w otoczenie, Japończyk w swojej drewnianej konstrukcji nawiązał do „Krzesiwa” i dawnych szachulcowych domów. Ważną część całości stanowią ogrody. Gęste dywany paproci, wzbudzające niepokój stare drzewa i wąskie zakręcone ścieżki miały pokazać naturę jako niewyczerpane źródło inspiracji. Dokładnie tak, jak widział ją Andersen.
![]()
Andersen mówi po chińsku i po niemiecku
Zwiedzenie muzeum składa się z dwóch części. W pierwszej, jako narrator, towarzyszy nam sam Andersen. Nie zawsze jednak warto wierzyć we wszystkie jego słowa. – Uwielbiał zmyślać historie, również o samym sobie. Napisał dwie i pół autobiografii i żadna z nich nie przedstawia dokładnie tej samej wersji wydarzeń – twierdzi jeden z pracowników muzeum. Druga część wystawy to już angażująca podróż przez świat baśni. Tutaj można przypomnieć sobie o kilkudziesięciu opowieściach, które czytaliśmy jako dzieci. Ucieszyć się, gdy znajdzie się swoją ulubioną. Jedni chcą do „Calineczki”, dużo osób gromadzi się przy „Małej Syrence”. Przy moim ulubionym „Cieniu” nie ma akurat nikogo.
Do muzeum przyjeżdża wielu Chińczyków, zakochanych w Andersenie i nierzadko znających te historie lepiej niż niejeden Duńczyk. Chiński jest więc jednym z czterech języków, którym posługuje się narrator-Andersen w audioprzewodniku. Po angielsku podobno jest najzabawniejszy, a po niemiecku wyjątkowo poważny. Ta wersja językowa została stworzona przez historyczkę i trwa o piętnaście minut dłużej niż pozostałe.
![]()
Baśnie rzadko kończą się szczęśliwie
Serce Andersena było wielokrotnie rozrywane na kawałki. Przez kobiety i przez mężczyzn. A Hans, poza byciem docenionym artystą, niczego nie pragnął bardziej niż zakochiwać się i być kochanym. – Teraz jestem naprawdę zupełnie sam. Żadna istota nie jest zobowiązana, by mnie kochać – pisał w liście z 1833 roku.
Był już wtedy po śmierci ojca, wyrzuceniu z uniwersytetu za brak elementarnej wiedzy i wielokrotnym odrzuceniu jego ambicji aktorskich przez kolejne teatry. Po mutacji głosu nie mógł już ani śpiewać, ani grać, a napisane przez niego sztuki teatralne spotykały się z krytyką. Jego teksty miały być pełne błędów ortograficznych, interpunkcyjnych i stylistycznych. Dwa lata później wydał jednak pierwszy tom baśni z „Księżniczką na ziarnku grochu” i „Dzielnym ołowianym żołnierzykiem”.
Ostatnim dziełem Andersena był wielki parawan złożony z własnoręcznie wykonanych kolaży i wycinanek. Ustawiono go przy jego łóżku, aby mógł patrzeć na niego każdego dnia, tak jak my patrzymy na niego teraz, w muzeum.
Niektóre baśnie Andersena, nawet jeśli jest ich niewiele, kończą się dla bohaterów całkiem pomyślnie. Niezgrabne brzydkie kaczątko staje się dostojnym łabędziem, a odrzucony i wyśmiewany Andersen staje się honorowym obywatelem Odense. To szczęśliwe i nie tak znowu częste w tej branży zakończenie. Świat zdążył docenić go jeszcze za życia.
Wyjazd odbył się na zaproszenie organizacji Visit Denmark. Organizator nie ingerował w treść publikacji.
Czytaj też:
Weekendowy city-break z dziećmi? Billund będzie idealnym wyborem Czytaj też:
Puste plaże, domki letniskowe i zamki. Kraj 443 wysp chce przyciągnąć Polaków
