Tegoroczne lato może nie przynieść oczekiwanych zysków właścicielom biznesów w Giżycku. Miasto to, uznawane przez wielu za stolicę sportów wodnych – konkretnie żeglarstwa – nie było w lipcu pierwszym wyborem Polaków czy zagranicznych turystów.
Powód? Jest ich kilka – jeden z nich dokładnie taki jak nad morzem czy w rejonie gór. Chodzi o ceny noclegu czy jedzenia. Hotelarze z Małopolski (m.in. z Zakopanego) wskazywali, że początek tego miesiąca był dla nich słaby pod względem finansowym – twierdzili, że na tej podstawie są w stanie prognozować, jaka będzie reszta wakacji. Jedno z kobiet – rozmówczyni „Faktu” – która wynajmuje w Tatrach kwaterę, przyznała, że „lipiec zawsze był trochę słabszy”. – Ale w tym roku jest jeszcze gorzej – stwierdziła.
Dziennik postanowił tym razem sprawdzić, co w tym kontekście słychać we wspomnianym już Giżycku – w tym celu skontaktował się m.in. z właścicielem wypożyczalni motorówek.
Jest drogo. Turyści narzekają na „mało atrakcji”
– Mamy totalnie brzydki sezon. Kończy się czwarty tydzień lipca i w każdym tygodniu leje – zauważył.
Głos zabrał też jeden z turystów. – Nie dość, że pogoda w tym miesiącu jest chimeryczna, to jeszcze do tego ceny w restauracjach rosną. Pięć lat temu talerz pomidorowej kosztował 8 zł, a teraz za te samą zupę trzeba zapłacić 20 zł. Za nocleg dla czterech osób płacimy 250 zł, więc nie jest tak źle. Reszta wydatków jednak mocno obciąża budżet – wskazał.
Rozczarowania tym, co dzieje się regionie, nie krył też właściciel jachtu motorowego. – Gorzej już chyba nie może być. Jestem tutaj piąty rok i to jest najgorszy sezon. Nawet nie chodzi o pogodę – Giżycko ma po prostu mało atrakcji. (...) Przez dwa tygodnie nie miałem żadnego rejsu, co wcześniej było nie do pomyślenia – zaznaczył.
Czytaj też:
Rekordowa liczba rezerwacji w czerwcu. Polski region nie narzeka na brak turystów Czytaj też:
Turyści nad morzem mają pecha. Bałtyk z zakazami
