11 dni rejsu na Antarktydę i oświadczyny na mroźnym lądzie. Polacy opowiedzieli o przygodzie marzeń

11 dni rejsu na Antarktydę i oświadczyny na mroźnym lądzie. Polacy opowiedzieli o przygodzie marzeń

Dodano: 
Na Antaktydzie
Na Antaktydzie Źródło: Archiwum prywatne / Lala Horosz
Antarktyda nie jest popularną destynacją. Mimo wszystko są osoby, którym udaje się spełnić marzenie o tym majestatycznym i dziewiczym miejscu. Tak było w przypadku Lali Horosz i Piotrka Pająka znanego z profilu i kanału na YouTubie o nazwie Podróże Wojownika.

Wspomniana para podróżników i twórców internetowych od lat regularnie zwiedza świat, a na stałe mieszka w Tajlandii. Na swoim koncie ma wyjątkową wyprawę w miejsce, o którym wielu nawet nie próbuje marzyć. Antarktyda, czyli magiczny siódmy kontynent, stanęła przez Lalą i Piotrkiem otworem. Specjalnie w rozmowie z Wprost.pl opowiedzieli, jak wygląda rejs do dzikiej i mroźnej krainy.

Paulina Kopeć, Wprost.pl: Skąd zrodził się pomysł na podróż na Antarktydę? W jednym z waszych postów czytałam, że wszystko wykiełkowało z marzenia, które siedziało w Lali przez kilka lat.

Lala Horosz: Wszystko zaczęło się około 6 lat temu. Rozmawiałam z moją fryzjerką i okazało się, że jej mąż był na Antarktydzie. To mnie absolutnie urzekło, wręcz wbiło w ziemię. Słuchałam opowieści, w które nie mogłam uwierzyć. Wiedziałam, że istnieje taki kierunek, ale byłam przekonana, że by tam się udać, trzeba być uczestnikiem konkretnej misji naukowej i że to coś niedostępnego dla przeciętnej osoby. Gdy dowiedziałam się, że w rzeczywistości jest inaczej, byłam zaskoczona. To mnie poruszyło. Wtedy zrozumiałam, że to będzie mój cel, że chcę zrobić wszystko, by kiedyś tam być.

Chyba większość osób myśli podobnie — że to niedostępne. Z jednej strony dobrze, że traktujemy Antarktydę jako coś nieosiągalnego – pewnie gdyby zjechały się tłumy, miejsce straciłoby swoją magię, nie mówiąc już o fatalnych skutkach dla natury. Z drugiej strony czasem nie dajemy sobie nawet szansy na spełnienie marzenia, które da się spełnić. Wam się udało. Jaki był proces przygotowania do takiej wyprawy? Jak przebiegało przejście z trybu „marzenie” do realizacji pomysłu?

Lala: Po wysłuchaniu opowieści o tym kontynencie, zaczęłam się nim mocno interesować. Przeczytałam mnóstwo informacji w internecie, obejrzałam wszystkie możliwe filmy na YouTubie. Wiedziałam, że chcę zrealizować mój pomysł o wyprawie i na tym się koncentrowałam. Miałam też świadomość, że to wyprawa dość droga i że nie zrealizujemy tego z dnia na dzień. Trzeba było się dobrze przygotować. Gdy poznałam Piotrka i dowiedział się o moim największym marzeniu, zauważyłam w nim dokładnie tę samą iskrę, która pojawiła się we mnie już wcześniej. Padło ważne zdanie: „Robimy to”. Wtedy mieliśmy już na koncie naszego e-booka dotyczącego Tajlandii i postanowiliśmy, że część dochodów z niego przeznaczymy na wyprawę.

Przejście w tryb realizacji trwało kilka lat, ale tak naprawdę odkąd zaczęłam marzyć, cały czas robiłam coś w tym kierunku. Po podjęciu decyzji z Piotrkiem zajęliśmy się konkretną organizacją. Wybraliśmy pierwszy możliwy termin w sezonie, to był drugi turnus, odkąd po pandemii zaczęły się pojawiać wycieczki w tym kierunku. To nie jest tak, że da się tam popłynąć w każdym momencie, trzeba dopasować się do sezonu.

Jaki to musi być sezon?

Płynęliśmy w listopadzie rok temu. To jest jeden z najlepszych miesięcy na taką wyprawę. Choć od naszej minęło już trochę czasu, to nadal chętnie publikujemy posty na ten temat i niedawno wydaliśmy e-booka o Antarktydzie. Ostatnio na grupie opublikowałam post facebookowy o tej podróży, bo jeszcze nie widziałam takich treści. Z okazji niedawnej rocznicy i pisania książki odświeżyłam sobie pamięć i uznałam, że naszą historią wciąż warto się dzielić z innymi.

Na Antarktydę

Opowiedzcie coś o tym, jak zorganizowaliście ten wyjazd. Co zrobiliście, że to się udało?

Piotrek Pająk: Wbrew pozorom nie jest to tak trudne, jak może się wydawać. Zająłem się szukaniem agencji, które organizują takie wyjazdy. Wiedziałem, że muszę się skoncentrować na argentyńskim mieście Ushuaia, bo to tam znajduje się punkt, z którego się wypływa. Postanowiliśmy, że skorzystamy z opcji last minute, bo wtedy można kupić taki wyjazd za połowę ceny. Po czasie jedna z wielu firm odpisała, że mają na łodzi dwa wolne miejsca w kabinie wieloosobowej.

Skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji i zarezerwowaliśmy miejsca. Trzeba się naszukać, ale to jest do zrobienia. Aby wypłynąć, musieliśmy dolecieć do Ushuai w Argentynie – to najbardziej wysunięty kawałek świata w Ameryce Południowej. W naszym przypadku najpierw musieliśmy polecieć do Buenos Aires i stamtąd przesiąść się do samolotu lecącego do miejsca docelowego, z którego prowadzone są rejsy statkiem.

Jakie było wasze nastawienie do panujących tam niskich temperatur? Czy przed wypłynięciem nie byliście tym przerażeni?

Piotrek: Gdy przed wyjazdem sprawdzaliśmy prognozy, to wskazywały na to, że będzie tam od -44 do -48 stopni Celsjusza. Byliśmy na to przygotowani i wiedzieliśmy, że to jest wpisane w taką wyprawę. Firma, z którą płynęliśmy, zaopatrzyła nas w odpowiedni asortyment. Tamte ubrania były do tego przystosowane. Spodziewaliśmy się czegoś ekstremalnego i mroźnego. Ostatecznie wcale nie było nam tak zimno.

Lala: Ja później odkryłam, że te prognozy, które sprawdzaliśmy odnośnie Antarktydy, dotyczyły pomiarów z głębi lądu i bieguna. Okazało się, że tam, gdzie przebywaliśmy, nie było aż tak zimno – niewiele stopni poniżej zera. Gdy zdarzył się dzień słoneczny, to było świetnie, ale mieliśmy też takie dni, że sypał śnieg. Wiele zależy od wiatru. Jeśli nie jest wietrznie, to może być przyjemnie, ale silny dźwięczny wiatr sprawia, że niską temperaturę odczuwa się bardzo mocno. Twarz musiała być zakryta, bo inaczej trudno byłoby wytrzymać.

Piotrek: To jest mimo wszystko tak ogromna ekscytacja, że często nie koncentrujesz się na temperaturze. Byliśmy dobrze ubrani i to wystarczyło. Gdy już wpłynęliśmy na Antarktydę, to ja wyszedłem na pokład w krótkich spodenkach, by obserwować góry lodowe i wcale nie myślałem o tym, że mi zimno, nie czułem tego.

Lala: Mimo wszystko, gdybyśmy mieli komuś doradzić, to na pewno trzeba mieć rzeczy wodoodporne. Wiele elementów zapewnia organizator czy pośrednik. Ważne są spodnie, kurtka, rękawiczki i specjalistyczne buty.

Na zodiaku. Antarktyda

Pamiętacie moment, w którym wyruszyliście? Jakie było wasze pierwsze wrażenie, gdy wpłynęliście na Antarktydę? Pamiętacie to uczucie?

Lala: Jeśli chodzi o pierwsze wspomnienie i wrażenie, to myślę, że nie da się opisać tego uczucia. W momencie gdy widzisz pierwsze góry lodowe i wpływasz na miejsce, jesteś oczarowany. Krajobraz nieskalany był ręką człowieka, nieskażony jego działalnością. To jest coś zupełnie niespotykanego. My żyjąc na co dzień w Tajlandii, jesteśmy przyzwyczajeni do słońca, fal, tamtejsza okolica była czymś zupełnie innym. Zachwycało mnie, że czułam tę potęgę natury i że to ona ma nad nami władzę. Byliśmy całkowicie jej poddani. Obserwowanie tamtejszego życia wywoływało takie uczucie, że można by tam siedzieć i gapić się w nieskończoność.

Piotr: Dokładnie. Gdy kapitan powiedział przez mikrofon, że przekroczyliśmy 60 stopień szerokości geograficznej i że wpłynęliśmy na Antarktykę, to były emocje nie do opisania. Powiedziano nam, by wyjść na górę statku, bo góry lodowe już są widoczne. Wszędzie zaczęło sypać śniegiem i do tego te widoki.

Lala: To były wielkie emocje. Siedzieliśmy w kabinie we dwójkę i myśleliśmy o tym, że jest to niesamowite. Nagle jako zwykli szarzy ludzie znaleźliśmy się w tak dalekim miejscu na drugim końcu świata i siódmym kontynencie. Przełomowym momentem było ujrzenie już wspominanych gór lodowych. To był ważny etap. Ktoś mógłby pomyśleć, że to tylko śnieg i kawałek lodu, ale dla osoby, która mocno marzyła o takiej wyprawie, to było prawdziwe spełnienie marzenia i zwieńczenie kilku lat pracy nad dążeniem do tego. Kolejnym przełomowym momentem było już pierwsze postawienie stopy na wyspie i później na głównym lądzie.

Piotr: Dla mnie najważniejszy był ten początek, czyli usłyszenie komunikatu, że już dotarliśmy. Pierwsze spojrzenie na góry lodowe i to takie: „Wow”.

Na Antarktydzie natura jest bardzo wrażliwa na obecność człowieka. Pewnie trzeba bardzo się starać, by nie zostawić po sobie śladu. Mieliście poczucie, że działacie w ramach jakichś wytyczonych zasad?

Lala: Mogę powiedzieć z ręką na sercu, że rejs odbywał się z ogromnym poszanowaniem tamtejszej przyrody. Było wiele różnych procedur i zasad postępowania. Każdy tego przestrzegał z ogromną powagą i zaangażowaniem. Każdemu zależało, by eksplorować to miejsce, ale zostawić po sobie jak najmniejszy ślad. Czuliśmy, że jesteśmy małymi mróweczkami w pięknym wszechświecie i że jesteśmy tylko gośćmi. To było piękne i wzruszające. Nikt nawet nie próbował przekraczać wytyczonych granic.

Piotr: Nie mogliśmy stawiać stopy tam, gdzie nam się podobało. Gdyby pingwin wpadł w taką stworzoną przez nas koleinę, nie mógłby stamtąd wyjść, i prawdopodobnie by umarł. To musiało być uwzględnione. Zwierzęta obserwowało się z daleka. Czasem jakieś się do nas zbliżyło i wtedy nie mogliśmy reagować, sami też do nich nie podchodziliśmy.

Lala: Byłam pozytywnie zaskoczona, że to wszystko jest tak profesjonalne. Przed każdym zejściem na ląd konieczne było zupełne wyczyszczenie ubrań z każdego okruszka, włoska czy piasku. Przed wyjściem odbijało się swoją kartę pokładową, przechodziło się specjalistycznymi butami przez basenik z dezynfekcją. Był ustalony system, w jaki sposób schodzi się na ląd, nie można było klękać, siadać, czy dotykać niczego ręką. Gdy zdarzyło się to przypadkiem, to trudno, ale nikt celowo tego nie robił — lądu dotykało się tylko zdezynfekowaną powierzchnią. Warto też dodać, że w takim miejscu zjawiają się pasjonaci, a nie przypadkowe osoby. Wszyscy mają pewnego rodzaju poczucie odpowiedzialności, silną świadomość tego, co robią i jakie to może mieć konsekwencje.

Bardzo mnie ciekawi, jak logistycznie rozegrany był taki rejs, jakie są proporcje co do pływania, zwiedzania, wychodzenia na ląd. Na co trzeba być przygotowanym?

Piotr: Wyglądało to tak, że byliśmy na statku praktycznie cały czas. Rejs był zaplanowany na 11 dni. W tym czasie trzeba dopłynąć, zwiedzić i wrócić. Dziennie mieliśmy dwa zejścia na ląd, zwykle jedno trwało do dwóch godzin. Byliśmy podzieleni na grupy, cała załoga liczyła około 187 osób. Przed zejściem trzeba było się specjalnie ubrać i z dużego statku schodziło się na zodiaki, czyli specjalne pontony. Nimi płynęło się na wyspę. Zwiedzaliśmy przestrzenie między górami, obserwowaliśmy pingwiny, orki, foki czy wieloryby. Każde zejście było zupełnie inne. To zawsze była wielka ekscytacja. Po zejściu trzeba było suszyć ubrania, bo na pontonach szybko mokliśmy.

Lala: Na statku mieliśmy zapewnione odpowiednie wyżywienie i kajutę – ostatecznie nam się poszczęściło i otrzymaliśmy jedną tylko dla siebie. Warunki były świetne. Samą załogę i organizację oceniamy bardzo wysoko. Gdy byliśmy na statku, organizator bardzo się starał, abyśmy się nie nudzili. Był humor i świetna atmosfera. Oprócz zejść i eksplorowania Antarktydy mogliśmy liczyć na dodatkowe pokładowe atrakcje. Uczestniczyliśmy w wykładach czy grach towarzyskich — np. Milionerzy z pytaniami dotyczącymi kontynentu. Rano była joga, sauna, a nawet SPA. Na statku był telewizor z filmami, a gdy ktoś chciał, mógł wykupić internet.

Korzystaliście z niego, czy raczej postawiliście na separację od reszty świata?

Lala: Nawet gdy ktoś miał internet, to ten słabo działał. Ja cieszyłam się, że przez te dni go nie używaliśmy. Dzięki temu w stu procentach byliśmy tylko tam. Koncentrowaliśmy się na przeżyciach i przygodzie. Był taki moment, gdy bardzo chciałam się podzielić doświadczeniami ze światem, zwłaszcza gdy na miejscu doszło do zaręczyn, których się nie spodziewałam. Mimo wszystko dało się wytrzymać. Wszystkiego doświadczaliśmy tylko we dwójkę i chłonęliśmy to bardzo indywidualnie. Później, gdy już mogliśmy podzielić się wieściami z rodziną czy przyjaciółmi, wszystko przeżywaliśmy ponownie.

Doszło do zaręczyn? W tak magicznym miejscu to musiałoby coś wyjątkowego. Zapewne niewielu ludzi może pochwalić się takim wspomnieniem.

Piotrek: Wiedziałem, że Antarktyda jest największym marzeniem Lali i stwierdziłem, że spełnię jej dwa marzenia – zakładałem, że oświadczyny to jej ciche pragnienie. Pierścionek kupiłem już o wiele wcześniej – przypadkiem wybrałem taki, który wyglądał jak śnieżynka i miał siedem kamyków, jak siedem kontynentów. Wszystko pasowało. Przed rejsem byliśmy już w podróży i lataliśmy samolotami. Ciągle się modliłem, by ktoś w trakcie odprawy nie kazał mi wyjąć biżuterii. Pierścionek leżał w skarpetkach i – jak widać – to bezpieczne miejsce. Czekałem aż będziemy na głównym lądzie Antarktydy i trzeciego dnia udało się zejść i zadać ważne pytanie.

Lala: To była zabawna sytuacja. Nie spodziewałam się. Niektórzy ludzie już wiedzieli o jego planach, bo Piotrek musiał zorganizować, by udało się zejść – warunki nie były najlepsze, więc trzeba było ubłagać organizatorów. Bardzo się zdziwiłam i powiedziałam: „No nie!”. Oczywiście się zgodziłam, a później cały statek świętował. Na statku był szampan, kolacja, dużo radości, to niesamowite wspomnienie. Długo świętowaliśmy, a następnego dnia było już zupełnie inaczej. Musieliśmy opuścić kontynent szybciej, niż zakładano. Wszystko przez pogodowe trudności i ewakuację.

instagram

Czyli przeszliście od chwil szczęścia do dużego wyzwania. Ewakuacja brzmi poważnie. Rozumiem, że czekały na was pewne trudności?

Lala: W tej wyprawie największym wyzwaniem zawsze jest przepłynięcie przez Cieśninę Drake’a. To są jedne z najbardziej niespokojnych wód na całym świecie. Jest takie powiedzenie, że albo jest Drake Lake, albo jest Drake Shake, czyli spokojnie, albo z dużymi falami. Gdy przez de doby płynęliśmy w pierwszą stronę, mieliśmy dużo szczęścia. Nie było źle, chociaż wydawało się nam, że to dość nieprzyjemne, a ówczesne fale braliśmy za duże – miały od 4 do 5 metrów. Rzeczywistość zweryfikował powrót. Musieliśmy wracać o dzień wcześniej, bo zapowiadano sztorm. Płynęliśmy w 10-metrowych falach. I to nie trwało chwilę, tylko dwie i pół doby, wciąż tak samo. W tych warunkach trzeba spać, korzystać z toalety, jeść. Funkcjonowanie było bardzo utrudnione.

Piotr: Ja ledwo to przeżyłem. Wiedziałem, że jeśli sztorm potrwa jeszcze jeden dzień, to nie wytrzymam. Mam chorobę morską, przeżywałem to fatalnie, jadłem tabletkę za tabletką, by zniwelować skutki, ale to niewiele dawało. Czasem po lekach udało się zasnąć, ledwo jadłem. Ta ekstremalna sytuacja trwała za długo. Na końcu szef z obsługi wyznał, że mieliśmy dużego pecha i rzadko jest aż tak źle. Co ciekawe, pomimo że wypłynęliśmy wcześniej, niż powinniśmy, to wróciliśmy o planowanym czasie. To dowód na to, że w tych warunkach trzeba było wyruszyć wcześniej, by dotrzeć na czas.

Byliście na to jakoś przygotowani?

Lala: Tak. Informowano nas o warunkach i o tym, co może się wydarzyć. Na pokładzie była też pielęgniarka. Mówiono nam, by wcześniej zabezpieczyć wszystkie rzeczy i by nie leżały luzem. Mimo wszystko trudno było sobie to wyobrazić, zanim się wydarzyło. To wielkie wyzwanie. Nigdy nie wiesz, na co trafisz, może być tak, że cieśnina będzie spokojna podczas całego rejsu, a może to wyglądać tak ja u nas.

Ostatecznie i tak pewnie oceniacie wyprawę bardzo dobrze

Piotr: Oczywiście, że tak. Po powrocie do Argentyny czuliśmy, że za nami poważna przygoda i nie tylko piękne wspomnienia, ale też wyzwania. Wiedzieliśmy, że coś się kończy, a nowe rzeczy przed nami.

Lala: Po wszystkim jest też mały niedosyt, bo już planujemy kolejną wyprawę w to miejsce. Ten pomysł kiełkuje w naszej głowie. Kolejnym razem chcielibyśmy się wybrać na 21 dni, czyli zdecydować się na dłuższą opcję — wtedy dociera się do Georgii Południowej.

Pingwiny

Gdybyście mieli podsumować, ile kosztuje taki wyjazd, to o jakich kwotach mowa? Ile wam udało się zapłacić w opcji last minute?

Piotr: Jako że chcieliśmy jechać jak najtaniej, skorzystaliśmy z zaproponowanej nam oferty za 5 tys. dolarów od osoby. W tej cenie były 11 dni rejsu, wyżywienie i nawet specjalna odzież. Do tego trzeba doliczyć loty. Normalnie koszt takiej wyprawy kształtuje się w okolicach od 8 do 12 tys. dolarów za osobę, więc w naszym przypadku wyszło to naprawdę atrakcyjnie. Wydaliśmy łącznie około 30 tys. zł na osobę, a dolar był wtedy drogi. Wydatki mogą być bardzo duże, zależy, jakich standardów oczekujemy. Ja nie żałuję żadnej wydanej złotówki na ten wyjazd.

Dzięki wyprawie stworzyliście e-booka o Antarktydzie.

Lala: Nasz e-book jest formą dziennika, poradnika, opisu przeżyć, przemyśleń i wspomnień. Podajemy też kontakty do ludzi, którzy pomogli nam to zorganizować, informacje o ubezpieczeniu i całą naszą wiedzę, którą udało nam się zdobyć. Od początku wiedzieliśmy, że coś takiego zrobimy i cieszymy się, że wreszcie się udało.

Jakie są wasze plany na kolejne podróże?

Lala: Jeśli chodzi plany o najbliższą przyszłość, to na razie ciągle pozostajemy w Tajlandii. Piotrek mieszka tam już od sześciu lat, a ja trzy.

Piotr: Ja zaraz lecę do Somalii. Później we wspólnych planach mamy Jemen, Arabię Saudyjską i Oman. Być może odwiedzę dodatkowo Irak. Czeka nas też Afryka, Madagaskar, Mauritius i wiele innych. Do Polski zamierzamy dotrzeć w lipcu, a później znów odwiedzić parę krajów w Ameryce Środkowej.

Lala: Będzie bardzo intensywnie, ale my tym żyjemy, nagrywamy, prowadzimy blogi i to większa część naszej codzienności. Później Piotrek na swoim kanale na YouTubie pokazuje bardzo nieoczywiste kierunki i ktoś, kto się tym interesuje, może się zainspirować.

Lala Horosz prowadzi na Instagramie profil @lalahorosz, na którym obserwuje ją prawie 60 tys. użytkowników. Prowadzi też osobistego bloga podróżniczego na stronie travelala.pl. Wraz z Piotrkiem Pająkiem tworzą i sprzedają e-booki na temat Tajladnii i Antarktydy. Piotr jest właścicicielem kanału w serwisie YouTube o nazwie „Podróże Wojownika” i zwiedził już ponad 100 krajów. Pod wspomnianą nazwą jest aktywny też w innych mediach społecznościowych. Razem tworzą zgrany duet i wciąż odkrywają świat.
Źródło: WPROST