Chaotyczna Sycylia w Noto zyskuje gładki, jubilerski szlif. W miasteczku, którego zwiedzanie polega na podążaniu wzdłuż jednej ulicy, można poczuć się jak w środku starannie przygotowanej osiemnastowiecznej scenografii. Barokowe kościoły harmonijnie przeplatają się z estetycznymi kawiarniami i trudno znaleźć tu te obdrapane, plastikowe krzesła przed lokalami, które tak bardzo lubię w pasticceriach w Palermo. Tylko pociąg powrotny do Syrakuz, który postanawia jednak nie pojawić się na stacji, przypomina, że ten wzorowy krajobraz to nadal południe Włoch. Nieprzewidywalne.
Dlaczego turyści pokochali Noto?
W tym roku mijają dokładnie 333 lata od kiedy w Noto nastąpił koniec świata.
Tego Noto dziś już nie ma, bo po trzęsieniu ziemi spodowowanym wybuchem Etny miasto nigdy nie zostało odbudowane w tej samej lokalizacji. Wzniesiono je od nowa, około 13 kilometrów od gruzowiska, a za projektem tego, jak będzie od teraz wyglądać stanęli czterej architekci: Gagliardi, Mazza Labisi i Sinatra. Wszystkich łączyła miłość do baroku.
W nowym Noto nic nie mogło być więc przypadkowe i dlatego dziś panuje tu ten senny porządek. Miasteczko o układzie szachownicy zaprojektowano jak dla leniwego turysty na leniwe popołudnie. Poznaje się je za łatwo i za szybko, i nawet przy szczerych chęciach nie da się tu zgubić, bo większość atrakcji znajdziemy wzdłuż dwóch ciągnących się przez centrum ulic: Corso Vittorio Emanuele i równoległej Via Cavour. Zwiedzanie odbywa się więc według oczekiwanego scanariusza: najpierw spacer, po drodze wejście do jednego lub dwóch kościołów, a na koniec punkt widokowy i aperitivo na tle wapiennych, zółtych fasad budynków oświetlanych zachodządzym słońcem. Jest przewidywalnie, ale nikomu to specjalnie nie przeszkadza.
Centralnym punktem Noto jest Katedra
W Noto najważniejsze są schody. Strome i szerokie, zaprojektowane tak, by podkreślić majestat fasady XVIII-wiecznej Katedry Świętego Mikołaja. Rano zatrzymują się tu grupy turystów, gdy przewodnik ogłasza godzinę zbiórki. Wieczorem na życie toczące się na Piazza Municipio, podobno najpiękniejszym placu Sycylii, spoglądają stąd przesiadujące na stopniach grupy znajomych.
W 1996 roku omal nie doszło tu do tragedii. Na szczęście gdy jednej z marcowych nocy zawaliła się kopuła Katedry, w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ucierpieć. Późniejsze badania wykazały, że przyczyną runięcia konstrukcji było jej osłabienie przez trzęsienie ziemi, które miało miejsce kilka lat wcześniej. Odbudowa kopuły zajęła jedenaście lat i tym razem wzmocniono ją włóknem węglowym.
Noto poza okazałymi świątyniami ma jeszcze nie mniej liczne i okazałe pałace. Nie sposób ominąć tych znajdujących się w bliskim sąsiedztwie Katedry: Palazio Ducezio, który dziś jest siedzibą ratusza oraz Palazzo Nicolaci di Villadorata – z maskaronami w kształcie głów dzieci, lwów i centaurów, śmiało spoglądających na turystów spod wsporników balkonów.
Sycylijska atmosfera w bezpiecznej estetyce
Czy to właśnie za tą przewidywalnością, spójnością i porządkiem kryje się niesłabnąca popularność miasteczek takich jak Noto? Lubimy historie ze znanym zakończeniem. Lubimy jak jest miło, czysto i bezpiecznie. Nawet jeśli trochę nudno.
W anglojęzycznym przewodniku TOP 10 Sicily, który kupuję w grochowskim antykwariacie Noto jest wysoko, na siódmym miejscu. Oczywiście za Taorminą, ale przed słynną willą Romana del Casale. Uznaję więc, że choć krótki czas mojego pobytu na Sycylii nie przewiduje zobaczenia zbyt wiele, Noto uda się gdzieś wcisnąć, choćby na jeden dzień. Bo takie miasteczka też są potrzebne, choćby po to, by spełnić niepisany turystyczny obowiązek.
W przewodniku między słowami obiecano, że Noto będzie tym najpiękniejszym miejscem, jakie zobaczę na wyspie, a potem mogę bez wyrzutów sumienia jechać już sobie do Palermo i oglądać to, co tak naprawdę chcę oglądać na Sycylii – nawet jeśli są to tylko paninoteci, wściekle czerwone plastikowe krzesła i starsi panowie grający w karty.
Po przybyciu na miejsce szybko okazuje się, że pod względem liczby designerskich sklepów Noto nie dorównuje rozsławionej przez „Biały Lotos” Taorminie. Niemały tłum turystów jest też tutaj trochę bardziej zdyscyplinowany i porusza się jednostajnie powolnym tempem, bez przeciskania się albo zatrzymywania bez ostrzeżenia. Jak na miasteczko turystyczne, można tu nawet prawie odpocząć i pozachwycać sycylijską atmosferą, ale w stonowanej, bezpiecznej formie. To ładny kompromis, którego nie będę nikomu odradzać. Zachęcać też, bo skutecznie robią to przewodniki i tytuł „Stolicy Baroku”.
Z senności w Noto wyrywa metaliczne brzęczenie na stacji. Czekamy na opóźniony pociąg powrotny do Syrakuz, a natarczywy dzwonek głośno informuje wszystkich, że ten zaraz przyjedzie. To znaczy: za dwadzieścia minut. I nie wyłączy się wcale, dopóki nie przyjedzie. Gdy tak dzwoni i dzwoni, dwie zestresowane Polki biegają z jednej strony peronu na drugą, bo jeszcze tego samego wieczoru muszą wrócić aż do Katanii. Mówię im, że takie są Włochy, i nie warto się stresować.
Bo pierwszy pociąg, który miał odjechać ponad godzinę temu, w ogóle się nie pojawił. Był co prawda trzeszczący komunikat głosowy, że podstawiono zastępczy autobus i właśnie w tej chwili odjeżdża, tylko że kilometr dalej. Siedzący ławkę obok Włoch przeprosił za zamieszanie, ale takie są czasami Włochy i trzeba po prostu poczekać na następny. I się nie stresować. Spotkałam go potem w barze Mediterraneo niedaleko dworca, miejscu, do którego najwidoczniej trafia się w Noto czekając na opóźniony pociąg, a potem niekoniecznie chce się wychodzić. Bo takie są czasami Włochy, i nie warto się stresować.
Czytaj też:
Słynne miasto chce przyciągnąć Polaków. Marzec to idealny czas, by je odwiedzićCzytaj też:
Niezwykłe miasto położone na wyspach. Może konkurować z Paryżem
