Półnagie piersi Dody i ułańska fantazja turystów. O kulturę w Tatrach spytaliśmy przewodniczkę

Półnagie piersi Dody i ułańska fantazja turystów. O kulturę w Tatrach spytaliśmy przewodniczkę

Dodano: 
Hala Gąsienicowa
Hala Gąsienicowa Źródło: WPROST.pl / Klaudia Zawistowska
Tatry to coroczny cel wypraw dziesiątek, jeśli nie setek tysięcy Polaków. Popularność najwyższych gór w Polsce stale rośnie. Niestety zainteresowanie górskimi wędrówkami nie zawsze idzie w parze z odpowiednią wiedzą.

Maja Sindalska od czterech lat jest przewodniczką tatrzańską. Jak sama mówi, od Tatr jest już uzależniona i nie wyobraża sobie bez nich życia. Choć nie zawsze tak było. Zanim zabrała na szlak pierwszych turystów, przez 13 lat pracowała w IT.

Podczas naszej rozmowy głośno wybrzmiał temat kultury i zachowania turystów. Niestety z obserwacji przewodniczki wynika, że sytuacja stale się pogarsza, a centrum problemu wcale nie są ekscentryczne zdjęcia Dody na szczycie Mnicha. Niektórzy nieświadomi turyści potrafią na szlakach robić znacznie gorsze rzeczy.

Klaudia Zawistowska Wprost: Miałaś jakieś ciekawe przygody podczas swojej kariery przewodnickiej?

Maja Sindalska, przewodniczka tatrzańska: Ja praktycznie żyję w Tatrach, szczególnie w sezonie. Poza sezonem odpoczywam i korzystam z czasu dla siebie. Dużo tych przygód było, jedne fajne, inne niefajne, zaskakujące, szokujące. W pamięci zapadły mi na pewno wypadki, których byłam świadkiem. Te moje górskie przygody mają bardzo różny kaliber. Niektóre są śmieszne, chociaż dla niektórych tragiczne. Widziałam na przykład mamę z dwójką dzieci: jednym w nosidle na plecach, a drugim grzecznie idącym tuż obok. I to dziecko z plecaka nagle przekrzywiło się w stronę tego drugiego dzieciaka i zaczęło wymiotować mu na głowę. To była taka tragikomedia. Dla mnie było to bardzo zabawne, ale dla tego chłopca, który tam szedł z mamą za rękę, już niekoniecznie.

Były też rzeczy, które mnie zszokowały. Dziewczyna spadła na moich oczach z Kościelca. Na szczęście przeżyła i tak naprawdę prawie nic jej się nie stało, bo skręciła tylko nogę i obdrapała sobie skórę. Ale upadek był tak dramatyczny, że wydawało się, że zginie na miejscu.

A dlaczego zostałeś przewodnikiem? To raczej nietypowe zajęcie.

Myślę, że każdy, kto kocha góry, marzy o tym, żeby zostać przewodnikiem. Chociaż trzeba wiedzieć, że nie jest to łatwe i wymaga bardzo wiele zaangażowania i wysiłku. U mnie zaczęło się to niepozornie. Na studiach ktoś pokazał mi góry, a ja się w nich zakochałam. Miłość rodziła się jednak w bólach: brakowało kondycji, buty mnie obcierały. Przeżywałam to, ale z czasem było coraz lepiej. Więc ostatecznie moja atletyczna sylwetka, a także możliwości siłowe, wydolnościowe, przekonały mnie do tego, że to jest sport dla mnie, że jestem po prostu do niego stworzona i zaczęłam chodzić więcej, więcej, więcej.

Potem utworzyłam klub górski, żeby wędrować ze stałą ekipą i gdzieś tam po drodze ktoś mi podrzucił pomysł, że mogłabym z tego żyć. Zmienić sobie hobby na pracę i zarabiać na tym. Faktycznie tak się stało. Kolega namówił mnie na kurs przewodnicki. Zdałam egzaminy i zostałam przewodnikiem.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że w podjęciu decyzji bardzo mi pomogło też to, że już trzynaście lat pracowałam w różnych korporacjach. Jestem informatykiem z wykształcenia i chyba miałam troszeczkę tego dość. Jestem żywiołową osobą, lubię, jak się coś dzieje, uwielbiam gdzieś wyjeżdżać, poznawać ludzi, a praca przy komputerze nie daje mi takich możliwości. I faktycznie byłam już nią mocno znudzona. Może nawet się wypaliłam zawodowo. Wtedy się takich rzeczy jeszcze nie diagnozowało. Dzisiaj już wiem, że jest to choroba. Sądzę, że byłam niepokojąco jej bliska. Dlatego zdecydowałam w pewnym momencie, że rzucam IT, zostawiam korpo i ruszam w góry. I tak się stało, choć wymagało to sporej odwagi ode mnie.

Jak zareagowali na to twoi najbliżsi?

Wsparcie miałam różne, bo rodzice i przyjaciele byli na początku zszokowani. Wszyscy powtarzali „Maja, masz taką dobrą pracę, jak możesz ją rzucać”, ale gdzieś tam byłam uparta, mimo że rodzice decyzję krytykowali, to równocześnie zawsze mnie wspierali. To jest akurat fajne i jestem im za to bardzo wdzięczna. I udało się, dzisiaj jestem już przewodnikiem. Utrzymuję się z przewodnictwa i nie pracuję w ogóle w IT. Kosztowało mnie to dużo wysiłku, ale na pewno było warto.

Źródło: WPROST.pl
 0

Czytaj także