Polka o Turcji. „Tu też jest zima i wciąż wierzę, że Polacy to zauważą"

Polka o Turcji. „Tu też jest zima i wciąż wierzę, że Polacy to zauważą"

Dodano: 
Marta Abramczyk-Weder w Karsie
Marta Abramczyk-Weder w Karsie Źródło: Archiwum prywatne / Marta Abramczyk-Weder
Gdzie w Turcji zawsze pada, dlaczego każdy mężczyzna powinien odwiedzić tureckiego barbera i po co Turkom aż dwa salony w mieszkaniu? Marta Abramczyk-Weder, autorka książki „Turcja. Orient Oswojony” pokazuje Polakom Turcję, jakiej jeszcze nie znają.

Marta Abramczyk-Weder mieszkała w gorącej Alanyi i w nowoczesnym Izmirze. Turcję odwiedzała wielokrotnie, sprawdzając, jak wygląda życie w ponad dwudziestu prowincjach tego kraju. Była na tureckim weselu, studiowała na Yaşar Universityi i prowadziła wycieczki jako pilotka, ale nigdy nie dotarła na all inclusive. Swoje doświadczenia opisała w książce „Turcja. Orient Oswojony”.

Alicja Miłosz, „Wprost”: W tym roku Turcja znowu znalazła się na szczycie ulubionych wakacyjnych kierunków Polaków, wyprzedzając Grecję. Dobrze znamy Turcję, czy to raczej tylko pozory?

Marta Abramczyk-Weder: Znamy, ale hotele, leżaki na plaży i bazary. Niewielka część z tych dwóch milionów polskich turystów rzeczywiście ją zwiedza. Tak jak obserwuję znajomych, to oni owszem, jadą do Turcji, ale jedyne co pokazują potem w swoich mediach społecznościowych, to resorty. Oczywiście odwiedzają czasem takie miejsca jak Pamukkale i Stambuł, ale mało kto się ruszy gdzieś dalej, a warto. Kiedyś nawet moja kosmetyczka oburzyła się, gdy usłyszała, że jadę do Turcji zwiedzać, bo „tam przecież nic nie ma do oglądania”, Ona jeździ z pustą walizką i po prostu robi tam zakupy.

Polacy, którzy nie wychodzą z hotelu, Turcję mogą kojarzyć jedynie z zapachem basenowego chloru, a to przecież kraj idealny do odkrywania go zmysłami. Jak pachnie Turcja?

Pierwsze co czuję, gdy wysiadam w Turcji, to dym papierosów. Taksówkarze, którzy czekają na lotnisku i krzyczą „buyrun!”, cały czas palą. Czuję też zapach z budek, w których sprzedaje się herbatę i mieszkankę przypraw z bazaru, głównie kminu i sumaku. Ale takim moim ulubionym zapachem Turcji jest aromat przygotowywanego na drewnie mięsa. Jak poczuję grill, to wiem, że jestem w domu. No i oczywiście turecka woda kolońska – dla mnie to jest taka mała część Turcji, którą mogę łatwo przywieźć do Polski. Nie ma osoby, która nie zwróciłaby uwagi na ten zapach, gdy pryskam nią dłonie.

A dźwięki?

Klaksony. Jest kilka różnych wersji. Kiedyś nawet tłumaczył mi to kierowca na wycieczkach. Pierwszy to taki ostrzegawczy, żeby potrąbić, żeby się pokazać. Jest też taki z melodyjką, niby zakazany, ale i tak każdy go używa, szczególnie w autokarach.

Słychać też ezan. Bardzo często zdarzało się więc, że turyści dopiero podczas wycieczki ze mną słyszeli wezwanie do modlitwy, bo hotele są zwykle znacznie oddalone od cywilizacji. To jest magiczne uczucie, gdy słyszy się to pierwszy raz w życiu, nieporównywalne dla niczego. Jak przyleciałam po raz pierwszy do Turcji, na Erasmusa, to mój mentor od razu zapytał mnie, czy wiem, czym jest ezan. Podobno wówczas sporo studentów dzwoniło do niego o czwartej rano przerażonych, pytając, co to za dźwięk.

instagram

Chyba brakuje Tarkana.

Tarkana niestety nie słychać tak często na ulicach, jakbym sobie tego życzyła (śmiech). Ostatnio na spotkaniu autorskim, Pan, który w życiu w Turcji nie był zapytał mnie, czy muzyka jest tam zakazana. Oczywiście, że nie. Turcy w ogóle uwielbiają sobie podśpiewywać, na przykład siedząc na krzesełkach pod sklepem.

Marta, która w wieku 24 lat wysiadła na lotnisku w Izmirze, spodziewała się, że właśnie tak będzie wyglądać jej codzienność?

Pamiętam, jak 21 stycznia w niedzielę około 22 wysiedliśmy na naszym osiedlu Karşıyaka, a na ulicach było pełno ludzi. Zapytałam mentora, czy dzisiaj jest jakieś święto. Ale tam tak to po prostu wygląda. Ludzie żyją na zewnątrz, a nie w domach, niezależnie od pogody i pory dnia. Bardzo mi się to spodobało.

Nie spodziewałam się, że Izmir jest tak ogromny. Na początku byłam też przerażona tym, że kontrole były na każdym kroku. Na przykład, żeby wejść do Izbanu, czyli pociągu, który dowozi cię do centrum, musisz włożyć cały bagaż pod skaner, nawet jeśli dopiero co byłeś kontrolowany na lotnisku.

Dlaczego w ogóle padło na Turcję?

Jak dowiedziałam się, że mogę wyjechać na Erasmusa, to od razu pomyślałam o Turcji. Tylko że Turcja wtedy była zablokowana. To był listopad 2016 roku i od kilku miesięcy trwał tam stan wyjątkowy wprowadzony po nieudanym puczu. Ale ja się nie poddawałam – cały 2017 rok walczyłam, a w 2018 faktycznie wyjechałam.

Nie mogłam studiować w Stambule, bo tam nie było mojego kierunku. Był za to w Ankarze, ale tam nie chciałam jechać. Potem dowiedziałam się, że będę mogła wyjechać do Izmiru, który wtedy kojarzyłam tylko jako starożytną Smyrnę. Tego współczesnego miasta w ogóle sobie nie wyobrażałam, ale jak wyszukałam je potem w internecie, to oszalałam z zachwytu.

Dziekan powiedział, że wolałby, żebym nie jechała do Turcji sama, że może lepiej z koleżanką. Ja miałam chłopaka na roku i długo nie musiałam go namawiać.

To był pierwszy raz, gdy pokazałaś, że Turcja nie musi być na all inclusive. Zapadły ci w pamięć jakieś szczególnie dziwne przekonania Polaków o tym kraju?

Jak ja tylko ogłosiłam, że chcę lecieć na studia do Turcji, to znajomi wybuchnęli śmiechem. Odnoszę wrażenie, że wszyscy wtedy postrzegali ją jako dziki kraj. Najczęściej słyszałam o tym, że „jadę do Arabów”, że będę musiała chodzić zakryta, że ktoś zrobi mi krzywdę. Mimo że w Turcji nigdy nie byłam, te wszystkie stereotypy, którymi uderzali we mnie ludzie, którzy przecież też w życiu w Turcji nigdy nie byli, w ogóle nie robiły na mnie wrażenia. Czułam, że to będzie moje miejsce.

Studia w Izmirze

A o co pytali turyści już na miejscu, kiedy pracowałaś tam jako pilotka i turecką rzeczywistość tłumaczyłaś im na wycieczkach?

Pierwsze pytanie, które słyszałam dosłownie na każdej wycieczce, brzmiało: jak traktuje mnie mój mąż Turek. Gdy odpowiadałam, że nie mam tureckiego męża, padało kolejne: to co pani tu właściwie robi? Wielu Polaków uważa, że jeśli Polka mieszka w Turcji, to na pewno dlatego, że ma tam faceta. Kilka lat temu zresztą ktoś chciał przeprowadzić ze mną wywiad. Gdy okazało się, że męża-Turka nie ma, wywiadu też nie było – bo przecież nie mogę znać się na Turcji.

Zresztą samo pytanie było od początku obciążone tezą – jak on mnie traktuje – czyli z założeniem, że Turcy raczej źle traktują kobiety. Ja dzięki bogu nie spotkałam żadnego Turka, który źle traktowałby kobietę, ale ja też obracałam się w raczej nowoczesnym gronie. Ojcowie moich znajomych byli cudownymi ludźmi, podwozili nas z imprez, zawozili na lotnisko, bardzo się o nas martwili.

Oczywiście padały też pytania o to, dlaczego w Turcji pisze się łaciną, a nie alfabetem arabskim. Tłumaczyłam, że to nie jest arabski kraj, a Atatürk zmienił alfabet. Ale i tak najczęściej powielanym błędem okazywała się stolica kraju. Ludzie do dzisiaj potrafią się ze mną kłócić, że to przecież Stambuł.

Co ich zaskakiwało w tureckich zwyczajach?

Na każdej wycieczce musiałam poinformować turystów, że w Turcji istnieje tradycja bakszyszu, czyli napiwku dla kierowcy w podzięce za wycieczkę. Dla mnie to było najtrudniejsze, czego doświadczyłam w pracy jako pilotka.

Polacy nie rozumieli, dlaczego mają płacić kierowcy, skoro to jego obowiązek dowieźć grupę bezpiecznie, a napiwek woleli dać mi. Zawsze to było dla mnie krępujące, bo kierowcy bardzo zwracali uwagę na to, kto ile wrzucał.

Turystów zaskakuje też zachowanie kelnerów. Usiądziesz i ledwo weźmiesz menu do ręki, a oni już pytają, czy wiesz, co chcesz jeść. Zawsze się śmiałam, że w Turcji trzeba trzymać talerz. Nawet jak masz na nim jedzenie, ale na chwilę się zagadasz, to już podchodzą i ci go zabierają. Chcą przez to pokazać, jaką mają świetną obsługę.

A ciebie, co zaskoczyło?

Chyba najbardziej wesele. W ogóle się nie spodziewałam i nie przygotowałam na to, jak to wygląda. Teraz, po latach – o czym też piszę w książce – cieszę się, że niczego nie czytałam, nie sprawdzałam w Google, tylko poszłam na żywioł.

Zaczęło się od tego, że powiedziałam mojemu koledze, że moim marzeniem jest zobaczyć prawdziwe tureckie wesele. Ja to tak rzuciłam w eter, nie miałam pojęcia, że on naprawdę to załatwi. Turcy, podobnie jak Polacy, mają w naturze coś takiego, że jak chcą, to załatwią wszystko.

I faktycznie, jakiś czas później dostałam zaproszenie... wysłane przez Facebooka. Domyśliłam się, o co chodzi, chociaż wtedy nie znałam jeszcze tureckiego, bo zobaczyłam na nim zdjęcie jakieś pary. Na początku myślałam, że kolega zaprasza mnie jako osobę towarzyszącą, ale on zaprosił też mojego chłopaka. Zastanawiałam się, jak nas tam pomieszczą. Prezentem mieliśmy się nie przejmować.

Z Maciejem przygotowywaliśmy się chyba z tydzień. Pojechaliśmy na Kemeraltı, popularny bazar w centrum Izmiru, gdzie mój chłopak kupił sobie mokasyny, koszulę, spodnie i poszedł do fryzjera. Ja tego dnia farbowałam włosy, robiłam hennę, chodziłam z maseczkami na twarzy. Jak przyjechaliśmy wystrojeni na umówioną stację metra, to kolega Turek powitał nas ubrany w spodnie i zwykłą koszulę. Jego osoba towarzysząca była w jeansach i w swetrze.

Impreza była w sali osiedlowego domu kultury, z ławkami jak w szkole, na które zarzucono białe obrusy. Jedynym jedzeniem były suche ciasteczka na plastikowych talerzykach.

Ludzie byli ubrani w zupełnie różny sposób – obok pań odstawionych jak na bal charytatywny w hotelu Plaza, z pięknie zdobionymi sukniami i ogromnymi fryzurami, siedzieli też panowie w dresach, którzy wyglądali, jakby właśnie skończyli sprzedawać ziemniaki na bazarze.

Dowiedziałam się też, co w Turcji daje się w prezencie na ślub. Kiedy para młoda zakłada kolorowe szarfy, goście zawieszają na nich za pomocą agrafek złote monety albo banknoty. W tym czasie wodzirej komentuje, ile dała ciocia czy wujek, a goście biją brawo. U nas w Polsce pieniądze daje w kopertach, a tam wszystko jest zupełnie jawne.

Nie było mowy o alkoholu?

Dostaliśmy napój – puszkę coli, fanty albo sprite'a. Jak ta impreza już się w końcu rozkręciła, a ja przestałam się wstydzić tańca przed dwusetką gości, wybiła godzina 22 i był koniec. To był dla mnie wielki szok, że wesele trwało tak krótko.

Byliśmy bardzo głodni i poszliśmy na kebaba. Chwilę po nas do środka weszła inna młoda para. Jak widać, żadnym faux pas nie jest zapytanie przed tureckim weselem, czy na pewno będzie coś do jedzenia. Oczywiście zdarzają się też wykwintne przyjęcia z jedzeniem i z alkoholem.

To co jest faux pas w Turcji?

Na przykład wejście do domu w butach. W Turcji ściąga się je przed drzwiami, a nie dopiero po przekroczeniu progu.

To kobiety mają często obawy przed popełnieniem błędu, na przykład w kwestii ubioru. Czy Turcja z ich perspektywy rzeczywiście bywa trudnym krajem?

Jak miałam te dwadzieścia kilka lat, to nosiłam spódniczki, moje koleżanki ze studiów też. Co najśmieszniejsze, czasem to Turczynki ubierały się „mniej skromnie”.

Byłam i w Gaziantep i w Hatay, a to są prowincje pod samą granicą syryjską, byłam w Rize, skąd pochodzi rodzina Erdoğana, czy w konserwatywnej Konyi i nigdy w życiu nie spotkały mnie żadne przykre spojrzenia. Ale gdy pytałam moich koleżanek Turczynek czy one czują się bezpiecznie, mówiły, że często są mierzone przez mężczyzn, że ich wygląd jest oceniany. Że ja nigdy tego nie zaznam, bo jestem yabancı (tłum.obokrajowcem).

instagram

Są rozwiązania, które mają temu zapobiegać. Czytałam w twojej książce o przydzielaniu miejsc w autobusach – kobiety i mężczyźni nie są sadzani obok siebie.

To mi się akurat bardzo podoba, bo to jest krępujące, niezależnie od tego, w jakim kraju jesteś, jak masz jechać gdzieś dwanaście godzin i siedzi koło ciebie nieznajomy mężczyzna. My z Maciejem objechaliśmy całą Turcję autokarami i na szczęście zawsze sadzali nas razem. Nikt nigdy nie pytał o to, czy jesteśmy małżeństwem, podobnie zresztą w hotelach.

Czyli nie jest tak konserwatywnie?

Moi przyjaciele, jak sami mówią, chodzą do meczetu raczej od święta, a nie codziennie. Oni nawet nie znają tych modlitw, bo Koran i ezan są przecież po arabsku. Babcia mojego kolegi potrafi na przykład przeczytać Koran, bo się nauczyła na pamięć wersów, chociaż dalej nie zna arabskiego.

Odchodzi się też na przykład od zarzynania baranów na święto ofiarowania, czyli Kurban Bajram. To jedyny moment, kiedy w Turcji jest kompletnie cicho, kiedy sklepy są pozamykane i nic się nie dzieje. W krajach muzułmańskich powinno się wówczas złożyć ofiarę ze zwierzęcia, natomiast Turcy są coraz bardziej humanitarni i zamiast tego oddają pieniądze na cel charytatywny. Nie ma w Turcji pozwolenia na to, by samemu pozbawić zwierzę życia. Są mężczyźni, którzy mają certyfikat pozwalający na dokonanie uboju rytualnego.

Turcja wcale nie jest tak radykalna, jak ludzie sobie czasem wyobrażają. Moi przyjaciele jedli w ramadan i to do tego stopnia, że ja nawet się nie zorientowałam, kiedy się ten ramadan zaczął. Oczywiście są też tacy, którzy faktycznie poszczą, albo tacy, co udają, że poszczą, żeby się rodzice nie dowiedzieli. Dla większości z nich to takie 30 dni świąt, spotkań rodzinnych przy kolacji, kiedy mama nagle nie jest taka zabiegana, a tata wcześniej wraca z pracy.

Kiedyś ludzie z Erasmusa poprosili mnie, żebym im pokazała Izmir. Jeden z nich był z Jordanii, a to był pierwszy dzień ramadanu. Chłopak nagle zemdlał w metrze, a Turcy rzucili się do pomocy. Kazali mu się napić wody i byli oburzeni, gdy odmawiał. Tłumaczyli, że też są muzułmanami, że Allah pozwala w takich momentach, ale on się nie dał przekonać, i jak doszedł do siebie, wysiedliśmy.

Meczet Ortaköy w Stambule

Co najbardziej tureckiego można zrobić w Turcji?

Turyści zdecydowanie powinni wybrać się do hamamu. Trzeba pamiętać, żeby do tureckiej łaźni iść na samym początku pobytu. Podczas szorowania zdzieramy z siebie martwy naskórek, więc taki zabieg po tygodniowym opalaniu po pierwsze nie ma sensu, a po drugie może być bardzo bolesny.

Mężczyznom polecam odwiedzić barbera, bo to jest coś naprawdę fascynującego. Maciej wielokrotnie był, choć zarzekał się po pierwszym razie, że już nigdy nie pójdzie. To nie jest zwykła wizyta fryzjerska, tylko cały rytuał spa, o którym więcej pisze w książce.

Warto też pójść na tureckie śniadanie, które wygląda niemal jak nasze wielkanocne. To cały kalejdoskop smaków, jakie można znaleźć w Turcji, podany na bogato zastawionym stole. To prawdziwy ceremoniał, bo nad takim śniadaniem siedzi się nawet cztery godziny.

Na bazarze trzeba koniecznie spróbować targowania się, bo to ważny element kultury. Oczywiście z umiarem i nie kiedy są podane ceny. Miałam kiedyś sytuację na wycieczce, że przyszedł do mnie oburzony turysta, bo kasjer nie chciał się z nim targować w Migrosie. To tak, jakby targować się w Lidlu. Pan kupował wodę, która kosztowała jakieś 25 groszy. Zdarza się, że ludzie targują się do tego stopnia, że jest wzywana policja, bo tureccy sprzedawcy nie dają sobie z nimi rady.

Tureckie śniadanie w Alanyi

Medycyny estetycznej nie polecasz jako doświadczenia tureckiego? (śmiech)

Widuję takie grupy, szczególnie w Stambule. Jak pierwszy raz w życiu zobaczyłam mężczyzn po przeszczepie włosów, wzięłam ich za tenisistów. Mijali mnie na Grand Bazarze w opaskach. Potem widziałam kolejnych i kolejnych.

Zresztą mówi się czasem o Turkish Airlines, że to Turkish Hairlines. Nie ma takiego lotu, na którym nie byłoby kogoś wracającego z operacji. Często z osobą towarzyszącą, bo sprzedają te zabiegi w pakiecie. W Turcji jest bardzo tanio pod tym względem, a w klinikach jest nawet polski personel.

Jakie smaki omijają turystów, którzy decydują się na Turcję w wersji resortowej?

Nigdy w życiu nie byłam na all inclusive w Turcji, więc nawet nie wiem do końca, co ludzie tam dostają, ale gdy opowiadałam o tureckim jedzeniu na wycieczkach, to widziałam zaciekawienie.

Na pewno omija ich najsłynniejsza potrawa, jaka jest w Turcji, czyli kebab. Nie wielka buła z sosem czosnkowym, tylko prawdziwe danie, które powinno się jeść na talerzu w spokoju, bo to nie jest fast food. Tych kebabów jest do wyboru ze trzydzieści rodzajów. Warto wyjść z hotelu i spróbować Adana Kebab, czyli najpopularniejszego i mojego ulubionego zresztą, albo Iskendera.

Turcy mają też mantı, czyli pierogi podawane są stosem pomidorowym i kapką jogurtu naturalnego. Oni do wszystkiego zresztą dają ten jogurt naturalny – kupuje się go w pięciokilogramowych, wielkich opakowaniach, których potem często używa się jako doniczek do kwiatów. Są też „tureckie gołąbki” sarma, czyli ryż zawijany w liście winogrona, jadany na zimno jako przekąska na imprezach.

Tradycyjne tureckie pierogi mantı

W Turcji mówi się, że jeżeli jesz słodko, to mówisz słodko i oni się cukrem nie przyjmują. Coś, co dla nas jest już słodkim ciastem, oni jeszcze oblewają syropem wody z cukrem. Taką baklawę można zamówić na imprezę na wynos w wielkim kartonie, tak jak u nas pizzę. Nie można zapomnieć o tureckiej herbacie, podawanej w małych szklaneczkach z dwiema kosteczkami cukru. Jest bardzo istotnym elementem tureckiej gościnności.

Herbata i książka „Turcja. Orient Oswojony”

Polacy są bardziej gościnni, czy Turcy?

Myślę, że to taka rzecz, która nas łączy. W Polsce też, jak wchodzisz do kogoś do domu, to słyszysz – kawa czy herbata? Rozstawiamy ciasteczka, częstujemy obiadem, jeżeli mamy akurat. Nie siedzimy przy pustym stole.

Ale Turcy chyba by wygrali w gościnność. Oni są gościnni do tego stopnia, że w ich mieszkaniach są dwa salony, z czego jeden, zawsze wysprzątany, przeznaczony wyłącznie dla gości. Moi przyjaciele z trójką dzieci mieszkali w jednym pokoju, żeby drugi salon stał pusty. Służy on na przykład po to, żeby zaprosić na kawę sąsiadkę z bloku. To dla nas jest coś niepojętego, bo u nas w Polsce się wszystko robi pod dzieci, żeby one miały swój pokój, podczas gdy rodzice śpią w salonie na kanapie. W Turcji rodzice muszą mieć sypialnie, a goście swój własny salon. Dzieci się gdzieś pomieszczą.

Czego byś nigdy w życiu nie zrobiła w Polsce, co robisz w Turcji?

W Polsce nie zagaduję obcych ludzi na ulicy, a w Turcji nie mam z tym problemu. Nawet się z nimi przytulam. Zawsze uważałam, że z moim charakterem nie pasuję tutaj, że jestem zbyt otwarta, zbyt krzykliwa, zbyt głośna.

W Turcji jest takie powiedzenie „Kolay gelsin”, którego używasz, gdy chcesz komuś życzyć miłej pracy, albo powodzenia, na przykład przed egzaminem. Uwielbiam je. Można tak powiedzieć na przykład pani w sklepie, ale też komuś, kto kosi trawę. Akurat to weszło mi to w nawyk i w Polsce też mówię „miłej pracy”, a ekspedientki bywają naprawdę zaskoczone. To coś, co bym z chęcią do nas wprowadziła.

Polacy odwiedzają Riwierę, Turcję Egejską, pojawia się Kapadocja czy Stambuł. Które regiony są wciąż niedoceniane, a mogą przyciągnąć turystów w kolejnych latach?

Tu też jest zima i wciąż wierzę w to, że Polacy to zauważą. Wiem, że to się nie mieści w głowach turystów, którzy myślą, że Turcja to tropikalny kraj. Tropikalny i owszem, ale latem i głównie na południu. Gdy w lutym wylądowałam w Karsie, gdzie było -20 stopni, trudno było uwierzyć, że w tym samym czasie morsy kąpią się w morzu na plaży Kleopatry w Alanyi. Kuligi śnieżne na zamarzniętym jeziorze Çıldır mogą zszokować turystów, którzy myślą o Turcji tylko w kategorii krajów ciepłych. W Turcji jest zima i to taka, o jakiej my w Polsce możemy tylko pomarzyć! A tym, którzy odwiedzą Antalyę, polecam wycieczkę do pobliskiego Kemer, gdzie na szczycie Tahtalı leży śnieg jeszcze w marcu.

Tymczasem w Rize na północy na przykład wiecznie pada deszcz, co stwarza idealne warunki do uprawy herbaty. Byłam tam tydzień i nie widziałam promienia słońca, chociaż był wrzesień i w tym samym momencie na Riwierze ludzie smażyli się na plaży.

Myślę, że Polacy w końcu zaczną latać do Turcji na narty, bo są one o wiele tańsze niż w Zakopanem. Będą odwiedzali Uludağ obok Bursy, będą latali do Erzurzum i do Karsu, czyli na daleki wschód, pod granicę z Armenią i Gruzją.

Góra Tahtalı w Kemer

Albo na jarmark świąteczny.

Myślę, że te jarmarki, które tam są, to raczej nas nie zachwycą. Jest jarmark w Alanyi co roku w grudniu, nawet zwożą specjalnie śnieg z gór dla dzieci. Ale to tak, jakbyśmy my teraz zorganizowali ramadanową kolację na rynku w Bydgoszczy. Nie byłoby czuć tego klimatu.

Czytaj też:
Najszybciej rozrastające się miasto świata. Tym zaskakuje turystów
Czytaj też:
Ulubione kierunki Polaków na ferie. Te trzy kraje czeka oblężenie

Źródło: Wprost