Zielone serce Europy bez „paragonów grozy”. Tak odkryłem raj w centrum Włoch

Zielone serce Europy bez „paragonów grozy”. Tak odkryłem raj w centrum Włoch

Dodano: 
Abruzja
Abruzja Źródło: Archiwum prywatne / Andrzej Kwaśniewski
Najczystsze plaże, dzikie góry, święte relikwie, a na dodatek nie zadepczą cię tu turyści. Takie cuda znalazłem tylko w Abruzji – „zielonym sercu Europy”.

Podczas gdy większość osób szturmuje Rzym – Wieczne Miasto, Wenecję czy malownicze wybrzeże Amalfi, postanowiłem wybrać się z partnerką do Abruzji — dziewiczego serca Italii, niezadeptanego masową turystyką, gdzie Apeniny spotykają się z Adriatykiem, ceny nie przyprawiają o zawrót głowy, a życie płynie leniwie, w rytmie wielowiekowych tradycji i przy filiżance espresso.

Zielone serce Europy i czyste plaże

Abruzja, położona po wschodniej stronie Apeninów, tuż nad Adriatykiem, jest jednym z ostatnich miejsc, gdzie wciąż można poczuć klimat dawnych i prawdziwych Włoch. Bez wpadania na turystów z kijkami do robienia selfie i bez „paragonów grozy”, za to z bogactwem naturalnej przyrody, niezliczonymi kościołami, urokliwymi miasteczkami, pysznym jedzeniem i przemiłymi mieszkańcami.

Płaskowyż Gran Sasso, Abruzja

Region nie bez powodu nazywany jest „zielonym sercem Europy". To jeden z najczystszych i najbardziej ekologicznych obszarów nie tylko we Włoszech, ale i w całej Europie. Znajdziemy tu trzy parki narodowe, park regionalny, około 30 rezerwatów przyrody, oraz przepiękne plaże oznaczone Błękitną Flagą (wł. Bandiera Blu — wyróżnienie przyznawane kąpieliskom, które spełniają rygorystyczne kryteria dotyczące jakości wody, czystości, bezpieczeństwa, infrastruktury oraz zrównoważonego zarządzania środowiskiem). Flaga pomarańczowa (Bandiere Arancioni) jest przyznawana najbardziej autentycznym i atrakcyjnym turystycznie włoskim miejscowościom.

Abruzja, jezioro

Co najciekawsze i szokujące dla tych, którzy otarli się o jakiś polski rezerwat, są to miejsca niezwykle przyjazne nie tylko naturze, faunie i florze, ale też ludziom. Na terenie Parku Narodowego Gran Sasso i Monti della Laga nikogo nie dziwi widok ludzi rozkładających na trawie nie tylko koce, ale wręcz stoliki piknikowe. Tu naprawdę niewiele jest zakazów, bo… ich nie potrzeba. Przyroda i człowiek współistnieją w harmonii. Chyba tylko nas, przybyszów z Polski, mogło to dziwić. Wrażeń było więcej – stado owiec, krów czy dzikich koni, gaszących pragnienie przy wodopoju tuż przy naszych nogach, zlot motocyklistów pośrodku płaskowyżu, którzy zmawiają się tu na pachnące szaszłyki arrosticini prosto z grilla i kanapki wielkości naszych bochenków chleba prosto z food trucka. Poczuliśmy się jak w przedsionku raju. Ten miał nadejść za chwilę.

Płaskowyż Gran Sasso, Abruzja

„Mały Tybet” i historia w hotelu na wysokości

Nadszedł na płaskowyżu Campo Imperatore o powierzchni 75 km kw., położonym na wysokości ok. 1800 m n.p.m., który zwany jest czasem „małym Tybetem”. To tu można naprawdę poczuć potęgę natury i małość ludzkiego stworzenia.

Zbocza gór mieniące się barwami i wzorami w świetle słońca, zwierzęta na wolności i w samym środku tego my. Tych chwil nie da się uchwycić w żadnym kadrze, trzeba je przeżyć.

Płaskowyż Gran Sasso, Abruzja

Górny przystanek kolejki linowej znajduje się na wysokości 2130 m., ostatni odcinek na szczyt trzeba już pokonać pieszo. Wysiadamy tuż przy Hotelu Campo Imperatore, który zapisał się w historii jako miejsce, gdzie Benito Mussolini był przetrzymywany w niewoli od 28 sierpnia do 12 września 1943 roku.

Hotel stał się sławny dzięki brawurowej akcji odbicia dyktatora przeprowadzonej przez niemieckich komandosów pod dowództwem Otto Skorzeny'ego, która zakończyła się sukcesem bez wystrzału. Co ciekawe, istnieje inna wersja tej historii, mnie bohaterska. Strażnicy poddali się bez walki, taki bowiem dostali rozkaz od swojego włoskiego dowódcy. Obecnie hotel jest zamknięty na czas remontu.

Hotel Campo Imperatore, Abruzja

Na Campo Imperatore znajduje się też obserwatorium astronomiczne. Patrząc w stronę najwyższego szczytu Apeninów – Corno Grande – trudno nie pomyśleć o słowach Jana Pawła II, który w 1993 roku spacerował tymi samymi, co my ścieżkami płaskowyżu: „góry są symbolem wędrówki ducha ku Bogu”.

Obserwatorium astronomiczne, Campo Imperatore, Abruzja

Relikwie i markowe ciuszki za grosze

Z gór zjedźmy w niziny. Na naszą wakacyjną bazę wybraliśmy urokliwe nadmorskie miasteczko Ortona. Pomijając piękne plaże (takie znajdziecie w całej Abruzji), najjaśniejszą jego gwiazdą jest bazylika, w której przechowywane są — po długie tułaczce po świecie — relikwie św. Tomasza Apostoła. Równorzędną atrakcją– Zamek Aragoński, średniowieczna warownia z panoramicznym widokiem na Morze Adriatyckie. W mieście znajdziemy też Muzeum Bitwy o Ortonę, upamiętniające zacięte walki II wojny światowej, dzięki którym miejscowość zyskała miano „małego Stalingradu”.

Zamek Aragoński, Ortona, Abruzja

Całkiem przyziemną atrakcją są tutejsze targi, czyli mercati. Najważniejszym z nich jest Mercato Coperto, zadaszone targowisko, na którym produkty swoich pól i rąk wystawiają bezpośrednio sami rolnicy, hodowcy, producenci serów, czy wina. To tutaj znajdziecie lśniące pomidorki o miąższu niczym brzoskwinia, pachnące na kilometr owoce, arbuzy wielkości kuli armatniej (a raczej większe), oliwki wszelkiej maści, wielkości, z pestką i bez, prosto z drzewa i z zalewy różnorakiej, niezliczone rodzaje serów, ryb i mięsa. Za dwie wypchane po ucha reklamówki zapłacimy dosłownie kilka-kilkanaście euro.

Abruzja, targ

Cyklicznie organizowany jest tzw. pchli targ, na którym znajdziecie cuda (i nikomu niepotrzebne graty), o jakich wam się nie śniło. W czwartki zaś główny deptak Ortony, a nawet okolice placu katedralnego opanowują stragany z ciuszkami. „Wszystko po 1, 2, 5, 10…” euro, a na nich fatałaszki, które już trącą myszką, używane, ale w stanie idealnym rewelacje vintage, sneakersy prosto ze sklepu, nówka sztuka, a nawet perełki światowych projektantów. Podróbek też nie brakuje. No dobrze — jest ich mnóstwo. Trzeba po prostu polować.

Ortona, Abruzja, targ miejski, mercato

Miasta cudów i średniowiecznych tajemnic

Nie mogliśmy nie pojechać do Lanciano. To miejscowość znana przede wszystkim z wydarzenia, które miało miejsce w VII wieku. Podczas mszy prowadzonej przez mnicha, który przeżywał kryzys wiary, hostia zamieniła się w ludzki mięsień, a wino w prawdziwą krew. To pierwszy na świecie naukowo potwierdzony cud eucharystyczny. Relikwie przechowywane są w Sanktuarium Miracolo Eucaristico, które jest miejscem pielgrzymek z całego świata. Tam także można się zapoznać z dokumentacją badań lekarzy, które potwierdziły, że materiały to prawdziwe ludzkie ciało i krew grupy AB. Cud w Lanciano jest oficjalnie uznany przez Kościół, a relikwie przechowywane są na dowód prawdziwości sakramentu. Poza tym miasto ma cudownie zachowaną średniowieczną architekturę, która nadaje mu autentyczny klimat włoskiego miasteczka.

Lanciano, Abruzja

Do Scanno mieliśmy się wybrać tylko na dwugodzinną wycieczkę popularnym we Włoszech tuk-tukiem (niewielki pojazd, pełniący różnorakie role, od taksówki po… śmieciarkę). Kiedy jednak tylko ujrzeliśmy to bajkowe miasteczko z kamienia położone nad jeziorem w kształcie serca, okolone dzikimi górami, już wiedzieliśmy — zostajemy co najmniej na cały dzień. Miasto słynie m.in z barokowej architektury, romańskich i gotyckich elementów oraz charakterystycznych budynków z kamienia, które przetrwały nawet silne trzęsienia ziemi w XVIII w., a także z tradycyjnych strojów ludowych, które mieszkańcy do dziś noszą podczas ważnych uroczystości.

Popularnym miejscem wypoczynku i aktywności na świeżym powietrzu jest jezioro Scanno, największe naturalnego jeziora w regionie Abruzji, o wyjątkowym kształcie serca i krystalicznie czystej wodzie. W latach 50. Scanno uwiecznił Henri Cartier-Bresson i rozsławił na całym świecie.

Scanno, Abruzja

To jeszcze nie koniec. Jest przecież jeszcze Sulmona z monumentalnym Piazza Garibaldi i akweduktem, Chieti z katedrą św. Justyna, Atri ze wspaniałymi freskami, pustelnia San Bartolomeo w górach Majella, czy Rocca Calascio – średniowieczna twierdza, którą znacie z filmu „Imię róży”. Stolicą regionu jest L’Aquila, którą celowo ominęliśmy, bo nie lubimy stołecznego tłoku. Miasto wciąż podnosi się po tragicznym trzęsieniu ziemi z 2009 roku, ale jego romańsko-gotycka bazylika Santa Maria di Collemaggio, w której w 1327 r. został pochowany Celestyn, wciąż góruje nad miastem niczym symbol wiary i nadziei.

Scanno, Abruzja

Costa dei Trabocchi i smaki Abruzji

To coś, czego nie znajdziecie nigdzie indziej, a na co my ostrzyliśmy sobie zęby od dawna – trabocchi. Położone wzdłuż Costa dei Trabocchi, czyli właśnie wybrzeża ich imienia, drewniane konstrukcje na palach, z których dawniej łowiono ryby, a które współcześnie zamieniono na klimatyczne restauracje. Skąd takie niezwykłe konstrukcje? Otóż mieszkańcy Abruzji mieszkający nad pięknym i pełnym morskich stworzeń Adriatykiem po prostu nie lubili… pływać. Wymyślili więc niesamowite, sięgające daleko w morze trabocchi, z którego mogli za pomocą sprytnego systemu siatek, lin i kołowrotków łowić ryby, bez zamaczania nogi w wodzie.

Na trabocco możecie zjeść lunch lub obiad (w porze naszej kolacji) – restauracje czynne są tylko w tych dwóch przedziałach czasu i najczęściej obsługują zorganizowane grupy turystów. Wybierając się tam prywatnie, lepiej zadbać odpowiednio wcześniej o rezerwację. Nie jest to może tania przyjemność — 55 euro od osoby w „naszym” trabocco — ale gwarantujemy: absolutnie niezapomniana!

Trabocchi, Abruzja

Obiad nad Adriatykiem — dosłownie, szumiącym pod nami — to przeżycie nie tylko kulinarne, ale wręcz… duchowe. Posiłek składa się z siedmiu dań, a każde z nich, poczynając od przystawki, poprzez pasty i owoce morza, na deserze kończąc, to raj dla podniebienia, na dodatek w dawkach zdolnych „powalić” na ziemię niejednego żarłoka. Na stole znalazły się m.in. sałatka z ośmiornicy, marynowane krewetki, spaghetti allo scoglio (z owocami morza), fritto misto (smażone owoce morza).

Fale uderzają o pale, na sieci wygrzewa się mewa, a ty jesz sobie świeżo złowionego miecznika. Warto!

Spaghetti allo scoglio

Abruzja to raj dla podniebienia. Regionalny przysmak – arrosticini – kupisz w każdej osterii, restauracji, na targu i wprost z grilla przy drodze. Nie do końca jest to znany nam szaszłyk. Małe, drobne kawałki mięsa, w wersji tradycyjnej — baraniego, ale można kupić i z wołowego, wieprzowego i mieszanego — nadziewa się na patyczki przypominające bierki, piecze na ogniu, zjada palcami i popija winem. Uwaga: sprzedawane są zazwyczaj w zestawach po 5 sztuk, ale bez obaw. Zazwyczaj i tak zamawia się 10 na osobę, a prawdziwi smakosze pochłoną i 20 arrosticini w ciągu jednej wizyty.

Arrosticini, Abruzja

W Abruzji konieczne trzeba też spróbować maccheroni alla chitarra. Takiego makaronu nie znajdziecie nigdzie indziej. Owszem, można go kupić nawet w supermarketach, ale tylko w Abruzji tradycyjnie kroi się go specjalną ramką z drutów przypominającą gitarę – stąd jego nazwa. Do smaków obowiązkowych dopiszcie tutejszą oliwę tłoczoną na zimno, intensywną i zieloną jak świeża trawa oraz szafran z L’Aquili – najlepszy na świecie, sprzedawany w maleńkich fiolkach. W winnicy Dora Sarchese stoi z kolei jedyna w swoim rodzaju fontanna z winem. Na dodatek z dwoma rodzajami – z jednego kurka leje się białe wino, z drugiego czerwone. Fontannę zbudowano z myślą o pielgrzymach, ale czym innym jesteśmy, jak nie pielgrzymami na drodze życia, polecam zatem spróbować.

Pomnik św. Tomasza, Ortona, Abruzja

Paragony grozy? Włosi mnie wyśmiali

W końcu dochodzimy do tego, co nas najbardziej interesuje — ile te wszystkie cuda kosztują? Kolejny abruzyjski szok i niedowierzanie — tu nie ma „paragonów grozy”! Typowe włoskie śniadanie dla dwóch osób — 2 razy espresso, 2 razy cornetto e pistacchio — kosztuje około 6 euro. Gigantyczne lody – 3,50 euro. Kolacja w naprawdę eleganckiej (przyteatralnej) restauracji dla dwóch osób – 58 euro. Dwa leżaki pod parasolem ze stoliczkiem – 15 euro (w godzinach popołudniowych, cena zależy od odległości od morza).

Lody, Gelato, Ortona, Abruzja

Napoje i jedzenie w schronisku Campo Imperatore kosztuje tyle samo, co „na dole”, w każdym innym miasteczku. Toalety są czyściutkie, wyposażone nie tylko w papier, ale i środki czystości — i są darmowe. Parkingi pod schroniskiem też są darmowe. Gdy przez kwadrans próbowałem wytłumaczyć włoskiemu parkingowemu, że chcę zapłacić, a on wciąż powtarzał „FREEE!”, w końcu zaczął się ze mnie śmiać do rozpuku. On tylko organizował ruch, bardzo sprawnie zresztą, nie pobierając opłat. Kolejka linowa na Campo – 8 euro od osoby za bilet w dwie strony.

Abruzja

Oczywiście, idealna odpowiedź na wszystko, także na pytanie o ceny, brzmi: to zależy. Można plażować całkowicie za darmo — są plaże miejskie, na których wystarczy rozłożyć swój ręcznik czy matę i nikt nie będzie nas gonił z terminalem płatniczym. Można zapłacić za obiad grubo ponad 100 euro, ale można też zjeść gigantyczne panini wypełnione po brzegi pachnącą, świeżo skrojoną szynką i soczystym serem za ok. 7 euro.

To musisz wiedzieć. Życie inne niż… gdzie indziej

Abruzja to naprawdę miejsce wyjątkowe, inne od tych, które poznałem, a na pewno dalekie od polskiej rzeczywistości. Przygotujcie się na to, że językiem powszechnie używanym jest włoski. Z rzadka ktoś coś potrafi wydusić po angielsku, pomijając większe miejscowości i szeroko rozumiany sektor usług turystycznych. Tak, bo turyści do Abruzji docierają, ale… turyści włoscy, z innych części kraju. Wyspiarze nie wypełniają tu pubów z piwem, przybysze z Azji nie oślepiają fleszami, a nasi rodacy nie komentują teatralnym szeptem, że jest „drogo”.

Sjesta, poobiedni czas na drzemkę, jest święta. Piekarnie, ciastkarnie, kawiarnie — otwarte praktycznie od świtu, w porze sjesty (zazwyczaj między 13:30 a 17) zamykają się już do końca dnia. Nieczynne rano restauracje ożywają dopiero po niej i ruch trwa w nich do późnych godzin nocnych. Są też lokale wielozadaniowe — rano starsi panowie piją tu kawkę, w południe ktoś wpada na szybki lunch, wieczorem to samo miejsce opanowują całe rodziny i tłumy młodzieży, które dopiero około 21:00 wybierają się na obiad. Choć bywa głośno, a wyskokowych trunków na stołach nie brakuje, to panuje ład i porządek. Zero wybryków znanych z polskich ulic. Nawet krzesełka z kawiarnianego ogródka rano będą ustawione w takim samym porządku, w jakim stały wieczorem.

Scanno, Abruzja

W sezonie w wielu miasteczkach regionu w ciągu dnia… nie zjesz lodów. Brak lodów we Włoszech? Co gorsza, w kawiarniach stały lodowe lady, ale z pustymi, lśniącymi czystością pojemnikami. Nieprawdopodobne do tego stopnia, że przeprowadziłem na miejscu prywatne śledztwo. Pytałem, szukałem, czy może akurat tylko i wyłącznie w Abruzji nie ma lodowych pyszności, przeglądałem nagłówki gazet, czy nie doszło do jakiegoś masowego zatrucia i tamtejszy sanepid pozamykał wszystkie lodziarnie w okolicy? Rozwiązanie okazało się wyjątkowo prozaiczne.

Otóż lody pojawiają jak gdyby nigdy nic zaraz po sjeście. W dzień, przy temperaturach powyżej 35 stopni jest na nie po prostu za gorąco – roztopią się, zanim zacznie się nimi na dobre delektować. Tym bardziej że tamtejsze „piccolo” (najmniejsza porcja lodów, których nie sprzedaje się np. na gałki) to nasze XXL.

Płaskowyż Gran Sasso, Abruzja

W Abruzji śmieci się sortuje i przestrzega się tych zasad. Odpowiednie worki zazwyczaj wystawia się późnym wieczorem po prostu przed domem. Zanim się obudzicie, malutkie tuk-tuki w towarzystwie równie malutkich zraszarek wody wszystko ogarną. Śmieci nie zalegają na ulicach. Każdy sprząta tutaj po swoim czworonożnym pupilu. To norma, ale szczęka opadła mi na chodnik, kiedy zobaczyłem, jak dobrze napakowany i wytatuowany młodzieniec zmywa wodą z butelki niesionej ze sobą murek, który… oznaczył jego pitbull.

Plaża dla czworonogów, Abruzja

Skoro już o czworonogach mowa. Jeśli jesteście — jak my — ich opiekunami, czy miłośnikami, to koniecznie wybierzcie się na plażę „Bau Miao Beach” (Plaża Hau Miau) na Lido Sabbia D'Oro. To chyba jedyne znane mi miejsce nie tylko przyjazne zwierzakom, ale wręcz dla nich stworzone. Z wydzielonymi kawałkami plaży, ogrodzonymi słomianym płotem, w których możesz spokojnie relaksować się ze swoimi pupilami. Do tego wystawione przez właścicieli plaży kosze pełne zabawek dla psów, z których możesz do woli wybierać. Koty wybierają raczej leżakowanie. Do tego pudła kocich i psich przysmaków, którymi też możesz się bez ograniczeń częstować. Są uzupełniane na bieżąco!

Abruzja to wciąż miejsce, gdzie turystów jest mniej niż gdzie indziej, a natura, tradycja, styl życia — wciąż pozostają bardziej autentyczne niż gdziekolwiek. I niech się to nie zmienia. Niech pozostanie tym, czym jest dziś – autentycznym sercem Italii.

Czytaj też:
Nieobyczajne zachowania na pięknej wyspie. Turyści dostali instrukcje
Czytaj też:
Piękne jak Como, ale bez tłumów. To jezioro leży na granicy dwóch krajów

Źródło: Wprost