1 kwietnia obchodziliśmy Prima Aprilis, jednak w nastroju do żartów nie były służby lotniska, które każdego dnia dbają o bezpieczeństwo podróżnych. Sytuacja, do której doszło w minioną środę, jest przykładem na to, że w niektórych miejscach nigdy nie należy wypowiadać ryzykownych zdań. Komunikat Polaka o bombie wywołał poważne konsekwencje.
Polak o bombie na lotnisku
Do kłopotliwej sytuacji doszło na Lotnisku Chopina w Warszawie. Poinformowali o niej przedstawiciele Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej. 23-latek z Polski, który chciał udać się do Holandii, poinformował, że ma przy sobie bombę. Jak zwykle w tego typu przypadkach zrobił to podczas odprawy biletowo–bagażowej, licząc na wyrozumiałość pracowników.
Konieczna była szybka interwencja Grupy Interwencji Specjalnych Placówki Straży Granicznej Warszawa-Okęcie. Podróżny został odizolowany przez pirotechników od pozostałych osób, a następnie wraz z bagażem sprawdzony pod kątem posiadania przedmiotów niebezpiecznych. Wynik okazał się negatywny.
Poważne skutki żartu
Sytuacja w Warszawie po raz kolejny udowadnia, że na lotniskach nigdy nie ma miejsca na żarty. Hasła o bombach czy zostawianie bagażu bez opieki niosą za sobą poważne konsekwencje. Polak, choć natychmiast przyznał się do wygłupu, został zatrzymany i ukarany mandatem na podstawie art. 210 ust. 1 pkt 5a ustawy Prawo lotnicze. Zapłacił 500 zł, stracił swój lot do Eindhoven w Holandii i mnóstwo czasu.
Warto pamiętać, że w skrajnych przypadkach za podobne żarty lotniskowe pasażerowie mogą być obciążeni m.in. kosztami przymusowego lądowania – zwykle gdy do hasła o materiałach wybuchowych padną w samolocie podczas lotu. „Apelujemy do wszystkich podróżnych o zachowanie odpowiedzialności, kultury osobistej i wzajemnego szacunku” – czytamy w komunikacie Straży Granicznej.
Czytaj też:
Alarm bombowy na popularnym lotnisku. Wstrzymano wszystkie lotyCzytaj też:
Alarm bombowy na lotnisku Warszawa-Modlin. Ewakuowano pasażerów
