Przejechałam rowerem ze Świnoujścia do Gdyni. Było pięknie, ale momentami też niebezpiecznie

Przejechałam rowerem ze Świnoujścia do Gdyni. Było pięknie, ale momentami też niebezpiecznie

Dodano: 
Rowerem wzdłuż wybrzeża
Rowerem wzdłuż wybrzeża Źródło: Archiwum prywatne / Paulina Kopeć
Spotkałam kozła wielkiego jak koń, powietrze z opony zeszło mi, gdy jechałam przez totalne odludzie i na własną rękę przekonałam się, że aplikacje czy mapy internetowe potrafią wyprowadzać na manowce. Spałam głównie w namiocie i wszystkie rzeczy wiozłam na rowerze z sakwami. Bywało, że te nie wytrzymywały i coś się urwało. Odwiedziłam siedem kempingów i zatrzymałam się w jedenastu miastach. Zobaczyłam, jak zmieniają się ceny w zależności od lokalizacji i usłyszałam jak dużo Niemców woli przyjeżdżać nad Bałtyk w Polsce.

Ta wyprawa była zaplanowana już dawno. Dla pasjonatów wymagających tras nie będzie to zaskakujący czy trudny do przemierzenia dystans, jednak dla kogoś, kto dopiero zaczyna przyjaźnić się z dłuższymi drogami, to wymagające zadanie. Tak było ze mną. Choć początkowo miałam przedostać się rowerem ze Świnoujścia do Krynicy Morskiej, ostatecznie skończyło się na Gdyni. I bardzo dobrze. Przejechałam 350 km i to pozwoliło mi wiele zobaczyć. Pokazało też jednak, jak lepiej planować tego rodzaju wyjazdy.

Świnoujście, Międzyzdroje, Rewal, Dźwirzyno, Kołobrzeg, Ustronie Morskie, Mielno, Darłowo, Ustka, Łeba i Gdynia – to w tych miejscowościach zatrzymywałam się podczas wyprawy rowerowej. W niektórych spędziłam niewiele czasu, w innych zostałam na noc i kilka dni. Tylko w niewielu z nich byłam wcześniej, więc prawie za każdym razem mogłam zobaczyć coś nowego.

Sama jazda zajęła mi 7 dni, jednak nad morzem spędziłam ponad tydzień. Pomysł na przemierzenie rowerem polskiego wybrzeża zrodził się z miłości do Bałtyku i ogromnej sympatii do jazdy rowerem. Po tym, jak udało się go zrealizować, poczułam niedowierzanie i satysfakcję. Jak rozwiązałam to wszystko logistycznie, ile kilometrów robiłam dziennie i ile trwała jazda? Spieszę z odpowiedziami.

Rowerem ze Świnoujścia do Gdyni. Planowanie i etap 1

Jak nietrudno się domyślić, zaplanowanie całej wycieczki nie było proste, ale, co ciekawe, mój plan czekał na mnie w pliku tekstowym już od dwóch lat. Stworzyłam go dawno temu. Zastanawiałam się, ile kilometrów dam radę najwięcej przejechać dziennie i ile dni będę potrzebować, by odwiedzić każdą miejscowość, na której mi zależało. Skończyło się na kompromisach, bo gdybym miała zajrzeć wszędzie tam, gdzie chciałam, potrzebowałabym ok. miesiąc.

Ważnym elementem przygotowań było spakowanie sakw i ustalenie listy rzeczy do zabrania. Skoncentrowałam się głównie na tych lekkich i sportowych, choć nie zabrakło również czegoś nadającego się do wyjścia na miasto, cieplejszego czy przeciwdeszczowego. Torby ważyły łącznie około 14 kg, jednak mogę zapewnić, że wożąc je z tyłu, wcale się ich nie czuje. Niezbędne były też śpiwór, karimata i namiot.

Po ustaleniu wszystkiego kluczowe było kupienia biletów na pociągi – do Świnoujścia i w drogę powrotną – warto zawsze robić to wcześniej, bo tuż przed planowanym terminem może zabraknąć wejściówek na rower. Ciekawostką jest, że nie musimy się o nie martwić w Kolejach Mazowieckich – tam udaje się przewieźć jednoślad zupełnie za darmo, z czego korzystałam, jadąc z Gdyni do Warszawy.

Rowerem ze Świnoujścia do Rewala, czyli odcinek pierwszy

Do Świnoujścia dotarłam z Warszawy – wcześniej zatrzymując się na dobę w Poznaniu – miasto to choć bardzo piękne, to teraz średnio nadaje się do zwiedzania. W pierwszym miejscu nad morzem spędziłam dwa dni i dopiero trzeciego z samego rana wyruszyłam dalej. Pobudka około 6 i wyjazd po 7. Choć miałam urlop, nie było wtedy czasu na spanie – przecież nie mogłam sobie pozwolić na to, że dotrę do kolejnej stacji wieczorem, a wiedziałam, że muszę uwzględnić nieprzewidziane sytuacje, które też zabierają czas.

Świnoujście

W Świnoujściu korzystałam z Campingu Relax, który z czystym sumieniem mogę polecić – jedną wadą jest brak lodówki, jednak na terenie obiektu da się skorzystać z niedrogiej stołówki. W ciągu mojego dwudniowego pobytu na miejscu czas spędziłam na plażowaniu i zwiedzaniu lokalnych atrakcji, rowerem dojechałam m.in. do granicy z Niemcami, odwiedziłam też falochron i port.

Camping w Świnoujściu

Co mogę powiedzieć o tym mieście? Ma piękne szerokie plaże. Jest dość drogo – im bliżej granicy, tym drożej, im bardziej oddalamy się od Pomorza Zachodniego, tym taniej. Wszędzie słychać język niemiecki i menu w restauracjach jest dwujęzyczne. Na promenadzie dużo się dzieje aż do późnych godzin – muzyka, stragany, setki turystów, jednak na plaży po zmroku będziemy siedzieć w ciemnościach. Co najważniejsze dla mnie – Świnoujście ma cudowne asfaltowe ścieżki rowerowe.

Ze centralnej części miasta kierowałam się do Rewala – oczywiście już na początku wycieczki trzeba uwzględnić bezpłatne przepłynięcie promem typu Bielik z części Świnoujścia Uznam na Wolin. Jadąc tego dnia do celu, mijałam Międzyzdroje i zatrzymałam się tam na kawę m.in. przy molo i alei gwiazd. Byłam zachwycona każdym miejscem, lubiłam odpoczywać na plaży i patrzeć na morze. Podobało mi się, że jestem zdana sama na siebie i nikt nie każe mi spędzać na miejscu minuty dłużej lub krócej.

Pierwszego dnia przejechałam około 70 km i cały czas trzymałam się głównej trasy rowerowej, czyli słynnej R10. Duża część szlaku biegła przez las – jeśli zamierzacie się go podjąć, trzeba być przygotowanym na jazdę po odludziach, a czasem nawet leśnych wertepach czy kamieniach. Trzeba być też ostrożnym, bowiem ja na pewnym odcinku chyba zboczyłam ze szlaku i musiałam prowadzić rower po piaskach. Na tym etapie pojawiało się sporo wzniesień – był to dość bezpieczny, jednak wymagający odcinek. Do Rewala dotarłam przed godziną 16. Tam czekało mnie rozbicie namiotu, zwiedzanie i nocleg. Następnego dnia ruszyłam dalej.

W Rewalu

Rowerem z Rewala do Kołobrzegu, czyli odcinek drugi

To, co charakteryzuje Rewal to nisko położone plaże. Morze można podziwiać z wysoko położonych punktów widokowych i ławeczek, na wszystko patrzymy z góry. Centrum jest dość niewielkie i łatwe do zwiedzenia rowerem. Na miejscu panował gwar i ścisk, jednak dało się spokojnie posiedzieć przy brzegu morza. Udało mi się zobaczyć słynne ławeczki – Małego Księcia oraz Romea i Julii, trafiłam też na cudowny taras widokowy.

W Rewalu korzystałam z pola namiotowego Klif o dość wysokim standardzie. W dalszą drogę znów ruszałam rano. Tym razem czekała mnie przeprawa do Kołobrzegu – około 50 km. Tutaj znów kierowałam się głównie szlakiem R10. Początkowo poruszałam się po pięknych asfaltowych ścieżkach, ale nie obyło się też bez przemierzania lasu. Jechałam przez Niechorze, Mrzeżyno, Rogowo i Dźwirzyno – gdzie zatrzymałam się na cudownej plaży i przy słynnym kanale łączącej Jezioro Resko Przymorskie z Bałtykiem. Po chwili przerwy kierowałam się już bezpośrednio do celu. Choć sama jazda zajęła mi około 3 godzin, to na miejsce dotarłam około 14.

Rowerem z Kołobrzegu do Mielna, czyli odcinek trzeci

W Kołobrzegu nie czułam się zbyt dobrze, ale wyłącznie z powodu dużego i rozległego centrum. Źle poruszało się po nim rowerem. Sporo tu jednak odpoczywałam, odwiedziłam plażę, port, latarnię morską, Pomnik Zaślubin Polski z Morzem, słynne molo – trzeba uważać, jest płatne i kosztuje 7 zł. Spacerowałam też po deptaku, parku przy plaży i kilku uliczkach w centrum. Tego dnia po raz pierwszy zaczęło mnie ogarniać większe zmęczenie, a wiedziałam, że przede mną jeszcze daleka droga.

Z Kołobrzgu do Mielna jechałam już w towarzystwie. Przejechaliśmy około 36 km, zatrzymując się na odwiedziny w Ustroniu Morskim. Na tamtejszym molo podziwiałam wyjątkową mgłę, która sprawiała, że woda była prawie niewidoczna – rzadko widzi się takie morze. Choć ranki i wieczory były chłodne, pogoda cały czas dopisywała i sprzyjała jeździe. Późnie mijaliśmy jeszcze Gąski i Sarbinowo. Tu ścieżki były naprawdę cudowne, często z trasy można było spojrzeć na morze, widoki zapierały dech w piersiach i trudno było nie zatrzymywać się przy nich choć na moment. W Mielnie czekało na nas kolejne pole namiotowe – mieściło się na uboczu i pozwalało zasnąć zdala od głośnej muzyki i imprez toczących się w centrum.

W Mielnie

Rowerem z Mielna do Darłowa, czyli odcinek czwarty

Choć Mielno często kojarzy się negatywnie – imprezy, zaśmiecone plaże i tłok – to ma w sobie coś wyjątkowego. Na mnie wrażenie zrobiło to, że miejscowośc znajduje się między morzem, a przepięknym jeziorem Jamno, po którym poruszają się żaglówki czy łodzie motorowe. Widoki były przepiękne i zostaną ze mną na długo. W mieście rzeczywiście dużo się dzieje – to coś idealnego dla dużych grup szukających rozrywki i atrakcji. Co ciekawe, przy koszach na plażach rzeczywiście jest wyjątkowo dużo śmieci – tego nie widziałam w żadnej innej z mijanych miejscowości.

Gdy obudziłam się w Mielnie, padał deszcz. Trzeba było trochę poczekać, by ruszyć dalej. Na szczęście wyjechaliśmy przed południem kierując się do Darłowa. Tu spotkało mnie pierwsze większe zaskoczenie. Trasa miała zająć około 30 km, natomiast ostatecznie było to ponad 40 km. Wszystko przez to, że Google Maps kazał nam jechać, a raczej prowadzić rower przez plażę, co całkowicie nie było zgodne ze szlakiem R10.

Ostatecznie udało nam sie dotrzeć do Darłówka, które znajduje się tuż przy morzu i plaży. Tam zatrzymaliśmy się na kolejnym polu namiotowym.

W Darłowie

Rowerem z Darłowa do Ustki, czyli odcinek piąty

Darłówko jest dla mnie miejscem wyjątkowym i na pewno chciałbym tam kiedyś wrócić. Żałuję, że dotarłam na miejsce dość późno i nie miałam zbyt wiele sił na eksplorowanie terenu. Miejscowość zachwyca cudownym falochronem, latarnią morską, portem i klimatycznymi uliczkami. W centrum dużo się działo, można było też zauważyć most rozsuwany, który co jakiś czas otwiera drogę dla statków.

Tamtejsze wybrzeże podzielone jest na dwie części za sprawą rzeki Wieprzy, która uchodząc do morza, przecina 20-kilometrowy pas plaży.

Z Darłowa do Ustki mielismy do przejechania około 41 km. Mijaliśmy m.in. jezioro Kopań czy Wicko, a także miasto Jarosławiec. W Ustce zatrzymaliśmy się w gospodarstwie agroturystycznym na dwa dni, by zregenerować siły.

Ustka

Rowerem z Ustki do Łeby, czyli odcinek szósty

Trasa z Ustki do Łeby była wymagająca z wielu powodów. Po pierwsze w tę trasę znów wyruszałam samotnie, po drugie bywa ona szczególnie trudna dla rowerzystów. Wszystko m.in. przez słynną wieś Kluki znajdującą się w okolicy Słowińskiego Parku Narodowego. Wiele słyszałam o tym, że można tam zastać bagna sięgające po kolana i nieprzejezdne ścieżki. Nieprzygotowane osoby, które dostały się tam przypadkiem, potrafiły przeżyć na miejscu prawdziwy koszmar. Chciałam tego uniknąć, dlatego wydłużyłam trasę. Sugerowałam się wytycznymi i poleceniami znalezionymi w sieci.

Na tym odcinku pokonałam około 80 km i popełniłam dwa podstawowe błędy. Z Ustki kierowałam się do Smołdzina, jednak zamiast jechać R10, czyli przez Rewal, kierowałam się na Machowinko, Gardę Małą i zalesione tereny Słowińskiego Parku Narodowego. Kilka kilometrów przed Smołdzinem znalazłam się na wyjątkowo trudnych terenach i około pół godziny poruszałam sie po nieprzejezdnym szlaku z kałużami i krzakami wyglądającymi z każdej strony, musiałam prowadzić rower, bo nie dało się inaczej. Dookoła nie było żywej duszy, a miejscami drzewa zasłaniały niebo, przez co robiło się ciemniej.

Po przemierzeniu kilkunastu kilometrów lasu wreszcie wydostałam się na asfaltową drogę i wylądowałam w Smołdzinie. Stamtąd mało być łatwo – wiedziałam, że przejadę przez wsie Żelazo, Wierzchocino, Witkowo czy Choćmirówko. To właśnie gdzieś na poziomie tej ostatniej zjechałam za bardzo w głąb i znów oddaliłam się od bezpiecznej asfaltowej trasy. Dookoła mnie były tylko pola i czasem z daleka widziałam jakiś dom. Tereny wiejskie były trawiaste, piaszczyste i zarośnięte, wszystko wyglądało jakby czas się zatrzymał.

Gdy w pewnym momencie znalazłam się na rozwidleniu kilku dróżek, zobaczyłam że Google Maps nie działa – kompletnie nie wiedziałam, gdzie jechać dalej. Kilka metrów od siebie zauważyłam coś dziwnego, co przypominało leżące zwierzę z rogami. Byłam pewna, że to złamany pień drzewa, nawet chciałam podejść bliżej. Na sczęście zrezygnowałam. W pewnym momecie, gdy podniosłam głowę znad telefonu, zobaczyłam, że patrzy na mnie wielki brązowy rogaty kozioł i wyraźnie jest mną zainteresowany. Wsiadłam na rower i w panice odjechałam w drugą stronę. Po chwili okazało się, że muszę wrócić, by jechać dalej jedną z okolicznych ścieżek. Rogacz dalej tam stał i zerkał. Ja też zerkałam, jednak tylko przed siebie i marzyłam, by odkryć przyjazną cywilizację.

Później trasa była już gładka. Co prawda przemierzałam ruchliwą ulicę, ale było to lepsze niż wszystko inne tego dnia. Kierowałam się na Poraj i do Wicka, a stamtąd już prosto do Łeby. Na miejsce dojechałam o 15, co przy tych przygodach było naprawdę świetnym wynikiem.

Łeba

Rowerem z Łeby do Gdyni, czyli odcinek siódmy

Tego dnia nie miałam zbyt dużo siły na zwiedzanie. Nie obyło się bez leżenia na plaży, oglądania falochronów i portu. Ku mojemu zaskoczeniu miejsce było bardzo spokojnie i zatłoczone tylko w niewielkim stopniu.

Z Łeby do Gdyni wyruszyłam najwcześniej jak mogłam – około 7 rano. Po kolejnym już spakowaniu namiotu i reszty bagażu, byłam przygotowana na więcej i pewna, że czeka mnie 90 km jazdy tradycyjną spokojną trasą. Myliłam się. Google Maps prowadził mnie po takiej tylko do czasu. Tu znów popełniłam błąd, bo zamiast jechać R10 przez Puck, stwierdziłam, że pojadę przez Wejherowo. Znacznie odbiłam od wybrzeża. Tak miało być szybciej. Nie wiem już, ile przejechałam tego dnia, ale myślę, że o wiele więcej niż było w planie.

Po minięciu kilku miejsc internetowa mapa zaprowadziła mnie do ścieżki z trawy, gdzie widziałam tylko domy, a później las. Na widok lasu dostawałam dragwek, więc zawróciłam i wybrałam inną drogę z innej aplikacji. Wyglądało na to, że przede mną 5 godzin jazdy, choć miały być już tylko 3. Znów załamanie. Jechałam przez odludzia, jakich nie życzę spotkać nikomu. Na jednej z takich dróg zorientowałam się, że coś jest nie tak – miałam flaka zamiast opony, powietrze uciekło. Przez 15 km ratowałam się ręczną małą pompką, choć to niewiele dawało. Cudem dojechałam do głównej ulicy Wejherowskiej, z której dotarłam na stację benzynową. Tam nadpompowałam koła specjalnym narzędziem i znów mogłam ruszyć. Po kilku godzinach bezpiecznie dotarłam do gdyńskiego Orłowa.

Gdy tego dnia dotarłam na miejsce, wiedziałam, że to już koniec i chciałam wracać do domu. Czułam satysfakcję, ale wiedziałam też, że za dużo razy ryzykowałam i mogło skończyć się to źle. Orłowo mnie zaskoczyło. Jest wyjątkowo spokojne, a sam kemping znajdował sie tuż przy plaży. Kolejnego ranka okazało się, że w oponie znów nie było powietrza – dobrze, że wydarzyło się to wszystko tuż przed końcem wyprawy. Cudem dotarłam do centrum Gdyni i na plaży śródmieście leżałam aż do przyjazdu pociągu. Spakowałam się i wróciłam do Warszawy.

Gdynia

Ze Świnoujścia do Gdyni. Podsumowanie

Wyprawa rowerowa ze Świnoujścia do Gdyby pełna była wrażeń i pozostawiła wspomnia na zawsze. Umocniła mnie też w przekonaniu, że dużo jestem w stanie zrobić i znieść samodzielnie. Moje zaufanie do siebie samej jeszcze bardziej się wzmocniło. Wiem, że mogę liczyć na siebie nie tylko w łatwych, ale i trudnych sytuacjach.

Choć nie obyło się bez zmęczenia, siniaków czy swędzących ugryzień, to wyjazd skończyłam z poczuciem, że było warto. W najbliższej przyszłości marzy mi się przejechanie rowerem Mazurskiej Pętli Krajobrazowej, chciałabym przeznaczyć na to siedem dni.

Gdybym miała zastanowić się nad tym, co w przyszłości mogłabym zrobić lepiej, na pewno zaczęłabym wyjazd wcześniej, by na wypadek nieprzewidzianych awarii czy przemęczenia mieć w zapasie trochę wolnego czasu. Wiem też, że muszę dokładniej sprawdzać trasy, zanim wyruszę, by nie nadziać się na propozycje Google Maps jak w Darłowie, czy wielu innych punktach.

Teraz zamierzam zabrać się na planowanie kolejnych tras i dokończenie aktualnej wyprawy, czyli przejazd z Gdyni do Krynicy Morskiej. To trasa na około 90 km, którą bez problemu uda się zrealizować weekend. Pozostaje zbierać siły i działać.

Czytaj też:
Rowerem do Żelazowej Woli. Tam zobaczysz Dom Urodzenia Fryderyka Chopina i magiczny park
Czytaj też:
Dokąd wyjechać na wakacje w Polsce? Najciekawsze miejsca

Widok ze ścieżki rowerowej
Źródło: WPROST