PLL LOT otwiera nowe połączenie z myślą o fanach zimowych przygód. Tym razem Polacy odkryją norweskie Tromsø, największe miasto północnej Norwegii położone już za kołem podbiegunowym. Rejsy do „Wrót Arktyki” będą realizowane dwa razy w tygodniu, we wtorki i soboty, a podróż z Warszawy Chopina potrwa tylko nieco ponad trzy godziny. Na uruchomienie tej niezwykłej trasy chętni pasażerowie będą jeszcze musieli trochę poczekać. Bilety są już jednak dostępne w sprzedaży.
Tromsø w siatce PLL LOT od grudnia
1 grudnia 2026 r. pierwsi pasażerowie wsiądą na pokład Boeinga 737 MAX 8, który zabierze ich z Warszawy prosto do Tromsø. Siódme pod względem wielkości miasto Norwegii zimą spowite jest całkowitą ciemnością – do 19 stycznia trwa tu noc polarna. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki do oglądania zorzy. O tej porze roku wbrew pozorom wcale nie musi być też bardzo zimno, bo choć Tromsø leży aż 350 kilometrów za kołem podbiegunowym, tutejszy klimat nawet zimą nie jest wyjątkowo surowy – to zasługa wpływu Prądu Północnoatlantyckiego.
Jak podaje biuro prasowe PLL LOT, samoloty narodowego przewoźnika będą startować z warszawskiego lotniska w północnym kierunku dwa razy w tygodniu – we wtorki i soboty, o godz. 11:35. W drogę powrotną pasażerowie wyruszą w tych samych dniach, ale o godz. 15:45. Wystarczą trzy godziny godziny lotu, by zmienić Warszawę na mroźną Norwegię.
Z połączenia będzie można korzystać przez cały sezon, aż do 13 lutego 2027 r. „Jestem przekonany, że nowe rejsy spotkają się z dużym zainteresowaniem zarówno wśród turystów, jak i osób odwiedzających Norwegię w celach prywatnych” – mówi Robert Ludera, Członek Zarządu ds. Handlowych, PLL LOT
Bilety są już dostępne
Podróż do Tromsø w grudniu, styczniu i lutym można zarezerwować już teraz. Bilety na nowe połączenie są dostępne we wszystkich kanałach sprzedaży, w tym na stronie lot.com iw oficjalnej aplikacji mobilnej przewoźnika. Ceny zaczynają się od mniej niż 700 złotych w jedną stronę.
Czytaj też:
Tysiące Polaków wybrały ten kierunek. Turyści odzyskują zaufanieCzytaj też:
Nie Seszele i nie Bora-Bora. Turyści znaleźli nowy raj
