Byłam na wyspach, które toną. To egzotyczny raj bez prądu i internetu

Byłam na wyspach, które toną. To egzotyczny raj bez prądu i internetu

Dodano: 
San Blas
San Blas Źródło: Archiwum prywatne
Za 50 lat już nie ich będzie. Prognoza mówi o konieczności ewakuacji rdzennych mieszkańców z kilkudziesięciu wysp archipelagu San Blas. Trudno tu dojechać, a jeszcze trudniej o nich zapomnieć.

Turyści przyjeżdżają tu po święty spokój i nierealne, bajkowe widoki. Na większości małych, niezamieszkałych wysepek oblanych turkusową wodą nie ma ani prądu, ani zasięgu. Choć możliwość chwilowego odcięcia się od technologii jest dla mnie niezwykle kusząca, mam inny powód wyprawy. Jadę, bo chcę poznać Kuna Yala i zobaczyć wyspy, które za niedługo znikną.

Większość wysp nigdy nie została zamieszkana

To będzie misja z gatunku tych trudnych – pomyślałam, czytając dziesiątki blogów o tym, jak trudno dotrzeć na San Blas bez zorganizowanej wycieczki. „Nie przyjeżdżaj, jeśli masz napięty budżet, sam koszt przejazdu przez te drogi to co najmniej 100 dolarów” – pisze McKenzie, którego poznaję na portalu Couchsurfing. Jest Kanadyjczykiem mieszkającym na łodzi zacumowanej w wodach archipelagu. Natrafiam na niego, szukając alternatyw dla ultradrogich pakietów all inclusive z oferty lokalnych biur turystycznych w Panama City. Cena za dwudniowy pobyt wynosi zawsze co najmniej kilkaset dolarów. W zamian za pomoc na łodzi mogę zamieszkać z nim, jego kolumbijską partnerką i jej córką. Pięcioletnia Melissa nie chodzi jeszcze do szkoły, ale McKenzie mówi, że nie chce jej tam posyłać, bo najlepiej kształci życie na morzu.

Wyspy San Blas

Zagraniczni turyści najczęściej przybywają na San Blas pick-upem z napędem 4x4 z Panama City, skąd przewożeni są do portu w autonomicznym regionie Kuna Yala. Na granicy trzeba pokazać paszport, tak jak przy standardowym wjeździe do innego kraju. Nie mogę mówić, że przyjeżdżam bez zorganizowanej wycieczki, bo podobno Indianie Kuna bardzo tego nie lubią. Tak poradziła mi Judy, znajoma mojego hosta, która pomogła mi zorganizować transport autem. Wjazd do Panamy dla obywateli Polski jest w pełni darmowy, ale na granicy z terenem Kuna Yala trzeba zapłacić dodatkowe 20 dolarów.

Bogatsi turyści lub nomadzi, którzy w trakcie swojej podróży odwiedzają kilka krajów Ameryki Łacińskiej, wybierają też tygodniowe rejsy z Kolumbii do Panamy przez San Blas. Taka wycieczka umożliwia stosunkowo łatwe pokonanie jednej z najbardziej niebezpiecznych granic na świecie. Oprócz relatywnie drogiego przelotu z Bogoty do Panama City, to jedyna opcja aby uniknąć przeprawy przez słynny Darién Gap. Przejście granicy lądem jest w praktyce niemożliwe, chyba że jest się Cejrowskim. W dzikiej, bagnistej dżungli czają się przemytnicy narkotyków, jaguary i skorumpowana straż graniczna. Obszar przesmyku to jedyna dziura w długiej na 30 tys. kilometrów Drodze Panamerykańskiej, która miała w przeszłości łączyć obie Ameryki. Wytyczenie jej przez gęsty las Dariénu okazało się być zadaniem niemożliwym. Próba wtargnięcia na nieoznakowany teren Dariénu jako turysta? To jak gra w sapera na starym Windowsie – nie znasz dokładnych zasad, a na końcu i tak przegrywasz.

Życie pośrodku Morza Karaibskiego

W porcie czeka mnie chaos. Kilkukrotnie, porozumiewając się na migi, unikam płacenia dodatkowej sumy. Za przejazd i transport łodzią zapłaciłam już kierowcy, który, mam nadzieję, uczciwie podzielił się z rybakiem przekazanymi pieniędzmi. Podstawowa znajomość hiszpańskiego nieco ułatwiłaby zadanie – inaczej pozostaje mi czekanie w umówionym miejscu z nadzieją, że właściciel łodzi, który ma mnie zabrać do McKenziego mnie odnajdzie. Wysp jest kilkaset, więc dotarcie do konkretnej, gdy w około nie ma żadnych oznaczeń, wcale nie jest proste. Jeszcze trudniej, kiedy w ogóle nie szukasz wyspy, tylko skromnej, niewielkiej łodzi Beneteau Cyclades 43.4. Judy, która znalazła dla mnie kierowcę, przekazała mu bardzo okrojoną informację o położeniu poszukiwanego przez mnie Kanadyjczyka. Kierowca z kolei podał tą informację lokalnemu sternikowi. Ta zabawa w głuchy telefon sprawiła, że musiały minąć długie godziny, zanim na horyzoncie pojawił się kapitan, na którego łodzi spędzę kilka kolejnych dni.

Indianki Kuna, portPort w Kuna Yala

Popołudnia mijają na gotowaniu, myciu naczyń w słonej wodzie, nauce żeglarstwa i eksplorowaniu bezludnych wysp na paddle boardzie. Czas bez internetu i zasięgu płynie inaczej. Bezkres oceanu jest piękny i przerażający, a wyspy zdecydowanie lepiej wyglądają z daleka. Jak brudno może być na rajskiej plaży? Bardzo. Kto śmieci? Wszyscy. Lokalna ludność, turyści, inni właściciele jachtów, którzy stacjonują w zatoce na stałe. Co można zrobić ze śmieciami? Jak twierdzi McKenzie, tylko palić. Trudno mi nie oceniać tej decyzji z perspektywy europejskiego czubka nosa, ale na San Blas nie ma alternatywy. Albo śmieci palisz, albo kończą one w morzu lub zaśmiecają plaże rodem z katalogów. Nie ma gdzie ich składować, nie ma możliwości częstego podróżowania do portu, a następnie kilku godzin drogami dżungli do Panamy, która sama ma przecież problem z segregacją. McKenzie mówi, że nawet gdyby sowicie zapłacił komuś za wywóz śmieci, i tak skończyłyby one w morzu. Pali więc je, tak jak wszyscy wokół, a dla Melissy to przednia zabawa. Codziennie zbiera wszystkie pozostałości z plaży i przekazuje je ojczymowi, który na uboczu rozpala ognisko. W powietrzu czuć zapach palonego plastiku i gumy.

Sępniki czarne w porcie

To jedna z tych podróży, z której nie przywożę masy zdjęć. Rodzina McKenziego żyje, na ile to możliwe, w izolacji od technologii. Staram się nie wyciągać aparatu z byle powodu, a w końcu o nim zapominam. Kiedy wreszcie wybieramy się do wioski tubylczej, kamera i telefon zostają na jachcie, żeby nie kusiło mnie robienie zdjęć z ukrycia. To nie ludzkie zoo, tylko prawdziwa społeczność Indian Kuna, którzy wpuszczają obcego na swój teren. Ufają mi, więc tylko grzecznie przyglądam się bawiącym się dzieciom. Niektórzy starsi Indianie uśmiechają się do mnie, inni kompletnie ignorują. Melissa jest moim przewodnikiem. Nie przeszkadza jej, że niewiele rozumiem z tego, co do mnie mówi. Czuje się jak ważna dorosła, która może pokazać turystce wszystkie swoje ulubione miejsca do zabawy. Wyciągnięcie aparatu mogłoby zburzyć całą magię chwili. O tym, jak trudno zrobić tu zdjęcia, niech świadczy fakt, że sama Martyna Wojciechowska z ekipą TVN starała się o pozwolenia kilka miesięcy. W wiosce idziemy też do sklepu, z którego przynosimy skromne zakupy. Ceny na San Blas są kilkukrotnie wyższe niż w Panamie, dlatego jeszcze przed przyjazdem na łódź zabrałam ze sobą pokaźną torbę jedzenia dla mnie i rodziny mojego hosta.

Zakupy u Indian KunaBezludne wyspy

Tonące wyspy z symbolem swastyki

Panama oderwała się od Kolumbii w 1903 roku, a władze nowo utworzonego państwa chciały upodobnić Indian do białych, zabraniając im kultywowania własnych tradycji. Na początku lat 20. doszło do eskalacji konfliktu i powstania ludności tubylczej, w wyniku którego zjednoczeni Kunowie ogłosili proklamowanie republiki i oderwanie się od Panamy. Symbolem niezależności stała się niezwykła flaga z symbolem odwróconej swastyki, która w tym regionie świata oznacza szczęście.

O tonących Malediwach słyszał już prawie każdy. Gdy mówię o San Blas muszę dodawać, że to takie wyspy na Karaibach. To nie tylko tonące lądy, ale autonomiczne plemię, które setki lat opierało się kolejnym, opresyjnym rządom. W XXI wieku muszą walczyć także z naturą i nieubłagalnie uciekającym czasem. Bitwa ta wygląda z góry na przegraną. Wyspy w regionie Kuna Yala na wybrzeżu Panamy sukcesywnie znikają pod wpływem wzrostu poziomu morza. Prognozy panamskiego rządu zakładają stopniowe przenoszenie ludności tubylczej w głąb lądu, tak aby zdążyć przed „godziną zero”, która wybije prawdopodobnie za 50 lat. Indianie utracą swoje domy, a turystyczny raj zniknie z mapy świata, podobnie jak Melediwy i Wenecja.

Czytaj też:
O tej stronie podróży rozmawia się rzadko. „Musiałam wybrać między kawą a prysznicem”
Czytaj też:
Przez 104 dni samotnie płynął kajakiem po Bałtyku. Koniec okazał się zaskoczeniem i próbą

Źródło: WPROST.pl