Powietrze w Abu Zabi pachnie inaczej. Wieczorem, przy promenadzie, gdy delikatny wiatr ugina się od ciężaru gorąca, nawet z zamkniętymi oczami zorientujesz się, że jesteś na Bliskim Wschodzie. I choć po zmroku ten ukrop staje się całkiem przyjemny, w ciągu dnia potrafi solidnie dokuczyć. Ratunkiem są muzea, których w stolicy ZEA przecież nie brakuje. Ale błogi chłod to niejedyny powód, by wejść między oszklone gabloty. Sztuka w Abu Zabi zaskakuje. W Luwrze – nowym sposobem opowiadania historii. W Phenomena Lab – technologią, która w kilka sekund zamienia zwykłą, ciemną salę w światowe widowisko.
Louvre Abu Dhabi, czyli zwiedzanie nowym rytmem
Jak z dnia na dzień stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych muzeów na świecie? Abu Zabi znalazło sposób, by oszczędzić dekady budowania wizerunku światowego centrum kultury, „pożyczając” nazwę od miejsca, które taki status posiada już od dawna.
Wraz z rosnącą świadomością, że era ropy nie będzie trwać wiecznie, każdy skuteczny sposób na przyciągnięcie (i zatrzymanie!) turystów jest na wagę złota. Zakup samej nazwy „Luwr” nie był jednak tak drogi, jak może się wydawać. A przynajmniej nie droższy, niż koszt kilkunastu pięter nowego wieżowca. Prawo do posługiwania się marką w 2007 roku zostało bowiem wycenione na 500 milionów dolarów, płatne w ratach. Dla jakiejkolwiek instytucji kultury to koszt astronomiczny, ale dla miasta takiego jak Abu Zabi, marginalny. Dzięki współpracy z Paryżem Abu Zabi zyskało nie tylko wsparcie kuratorskie i eksperckie, ale także możliwość wypożyczania dzieł z francuskich kolekcji.
Dziś Louvre Abu Dhabi zabiera swoich gości w podróż od paleolitu po czasy współczesne, ale robi to trochę inaczej niż jego europejski, starszy brat. Ekspozycje muzeum nie są tu poukładane tylko tematycznie lub tylko chronologicznie. W muzeum na wyspie Saadiyat w każdej sali zestawiono są ze sobą dzieła pochodzące z różnych cywilizacji. Ten pozorny bałagan ma jednak głębszy sens.
Niecodzienny układ pozwala spojrzeć na podobne motywy i idee wykraczając poza granice epok. Uwypukla uniwersalne cechy ludzkiej kultury, niezależne od daty i szerokości geograficznej. I tak kamienna libijska „Tancerka”, datowana na 275–225 p.n.e. tańczy tuż obok chińskiej rzeźby tancerki z 700–800 n.e. W tej samej gablocie, zatytułowanej „Bodies in Movement” stoi też, datowana na 1907 rok figura „Dance Dance” autorstwa Juloes Desbois. „To transcendentny, wspólny język rozumiany i odczuwany przez wszystkich. Ruch działa jako forma opowiadania historii. Łączy nasze ciała z psychiką, uwalniając nasze najbardziej intymne myśli i emocje” – mogą przeczytać goście. W Luwrze znajdziemy sale poświęcone motywom władzy, religii, globalizacji czy azjatyckim szlakom handlowym.
Niektórzy przychodzą tu dla Moneta, Rembrandta czy Picassa, inni dla starożytnych rzeźb czy kaligrafii islamskiej. A jednak niezależnie od kolekcji, dla wszystkich najważniejsza pozostaje niepowtarzalna przestrzeń muzeum. Spacerując między pawilonami, w których swoje miejsce mają czasowe wystawy, można poczuć się jak w labiryncie medyny. Nad głowami gości rozciąga się gwieździsta, niby-lekka ażurowa kopuła, która w rzeczywistości waży 7500 ton. Wpadające przez jej otwory promienie słońca tworzą spektakl, który przewodniczka Boel Watson nazywa „deszczem światła”. Wypełniają to miejsce obezwładniającym spokojem.
TeamLab Phenomena to coś więcej niż immersyjna wystawa
Abu Zabi eksperymentuje. Miasto, które chce przyciągać turystów przede wszystkim swoją ofertą kulturalną, w 2025 roku ściągnęło do siebie także kolektyw TeamLab. To zupełnie inny świat niż doniosły Luwr. Szybszy i migoczący.
Projekt TeamLab powstał w 2001 roku w Tokio. Tworzą go artyści, programiści, inżynierowie, animatorzy, matematycy i architekci. W 2011 roku debiutowali na Biennale w Singapurze, a dziś komercyjnie prezentują swoje instalacje na całym świecie. W Abu Zabi na ich pomysły przeznaczono budynek o powierzchni 17 tys. metrów kwadratowych.
Doskonale rozumiem osoby, których nie przekonują immersyjne pokazy. Oglądanie obrazów Van Gogha rzutowanych projektorem na ściany ogromnej hali, i to za niemałe pieniądze (bo objazdowe wydarzenia zwykle słono kosztują), trudno uznać za realne obcowanie ze sztuką. Ale TeamLab Phenomena to naprawdę coś innego. I jest w stanie pogodzić entuzjastów świateł, diod i laserów z tymi, którzy szczerze ich nienawidzą.
Po pierwsze, teamLab Phenomena w Abu Zabi jest największą tego typu wystawą na świecie. Po drugie, w pełni daną przestrzeń wykorzystuje. To nie ten przypadek, w którym główną atrakcję stanowi jedna, najbardziej spektakularna sala, a pozostałe są jedynie skromnym dodatkiem wypełniającym czas gdzieś po drodze. Ciekawość, co znajduje się za kolejnymi drzwiami, jest przyjemnie uzależniająca. Raz jest to kosmiczny las, innym razem lewitująca czarna dziura. Potem nagle każą ci zdjąć buty i już spacerujesz po siatce zawieszonej gdzieś w ogromnej, sferycznej sali imitującej wszechświat. Wszystko wokół, nad twoją głową i pod stopami, wiruje.
Niekoniecznie jest to miejsce, do którego można wrócić ponownie (tak jak można do Luwru, który co jakiś czas zmienia prezentowane dzieła) i liczyć na podobne wrażenia. Wciąż mamy tu też do czynienia przede wszystkim z rozrywką, trafiającą szczególnie w gusta najmłodszych gości. Niemniej jednak mam wrażenie, że część tych żywych, kreatywnych instalacji potrafi na chwile przenieść w zupełnie inny świat także i tych starszych. Wyciągnąć cię z głowy. Zupełnie jakby te kolorowe światełka faktycznie miały jakiś większy sens.
Wyjazd odbył się na zaproszenie Department of Culture and Tourism Abu Dhabi. Organizator nie ingerował w treść publikacji.
Czytaj też:
Słynne miasto chce przyciągnąć Polaków. Marzec to idealny czas, by je odwiedzićCzytaj też:
Wakacje w emiratach – co warto zwiedzić poza Dubajem?
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
